I kiedy uderzałem rakietą w piłkę, krzyczałem nazwę klubu na cały głos, by rozproszyć przeciwnika. Pajamaaaaaaaaaad! Niczym japoński kamikaze na chwilę przed miękkim lądowaniem! 

Squash to świetna zabawa i na pewno jeszcze nie raz zagramy. Nawet nie włączyłem Endomondka, już od początku wiedziałem, że ten dzień skończę jedząc słodycze. A więc by dopełnić dzieła podjechaliśmy na molo, serwują tam naprawdę olbrzymie lody. Nawet tak dobrze zbudowany jegomość jak ja ma problem, by je zjeść. No tak, ale kto jeszcze kupuje 10 gałek? Panowały dzisiaj dobre warunki dla kiteserferów, którzy śmigali na swoich sprzętach. Kiedyś spróbuję tego sportu, mam już małe doświadczenie z nieco inną parasolką nad głową. A co do samego squash’a… 

Kurde, Kasia jest dobra w te klocki, wystarczyło jej 30 sekund, by zdobyć nade mną przewagę. Oczywiście okrzyk zwycięstwa pomagał tylko na początku, szybko przestał robić wrażenie i musiałem wymyślić nowy plan. Taktykę, która pozwoliłaby rozwalić drugiego gracza (najlepiej śmiechem) i pomóc mi wyjść na prowadzenie. Pomyślałem… uderzać w rogi, ale niestety ona też uderzała w rogi i wszystko obróciło się przeciwko mnie. Pomyślałem… ha! zmienię rękę. Przełożyłem rakietę do lewej ręki, niestety… no… no… no nie trafiłem w piłkę. Ani razu.