Pies i noworodek pod jednym dachem…

Michaś jest już z nami prawie 3 miesiące, w ciągu dziewięciu mieliśmy chwilkę, by pomyśleć jak zmieni się nasze życie, jak podzielimy się obowiązkami i co trzeba będzie poświęcić. Może brzmi to trochę egoistycznie, bo wiadomo, że nic nie jest teraz ważniejsze od Michasia, ale jedno zmieniło się na pewno. Jesteśmy trochę bardziej zorganizowani. I trochę bardziej szczęśliwi 🙂

Kasia jak to Kasia, wszystko robi na 110%, więc mamą też jest na 110%, a ja ułatwiam jej życie jak mogę, trochę posprzątam, zrobię omlecik na śniadanie, warzywka na kolację, czasem nawet i obiad zrobię, i lepiej, żeby jej smakowało, bo będzie musiała to jeść przez następnych kilka dni, hehe. O bałaganie w kuchni nie ma co gadać, sam się robi, ale nie chce się sam posprzątać. 

Teraz trochę bardziej rozumiem poświęcenie, które wynika z bycia rodzicem, ale tak naprawdę to Kasia została mamą na długo przed narodzinami Michasia. Dużo poświęciła, np. w malarstwie wykorzystuje spraye, ale przez cały okres ciąży nie mogła ich używać, nawet mając założoną maskę. Chcąc nie chcą, zawsze coś się przedostanie. Uwielbialiśmy jeździć wspólnie na rolkach i łyżwach, ale to nie ma w ogóle co o tym mówić, wiadomo, że liczyło się bezpieczeństwo ciąży. Musieliśmy się trochę ograniczyć, w tym Kasia i tak miała przecież gorzej, bo kiedy roznosiła mnie energia ja mogłem spożytkować ją w wybrany sposób, a Kasia nie. Dobrze, że mamy tego psiaka, który mobilizował nas codziennie do wyjścia z domu, dzięki temu duuużo spacerowaliśmy.

Jeśli o mnie chodzi, nie powiem, że nie tęsknię za spadochroniarstwem, ale wiecie, priorytety. Nie raz myślałem o tym, by pojechać na lotnisko, ale kiedy zbliżał się sezon Kasia była już w zaawansowanej ciąży i bałem się, że jak pojadę to akurat zacznie rodzić 🙈. Odkładałem to na później, a kiedy jest już później to i tak nie czuję, by był to dobry moment. To jest dla mnie ważne, ale w tym momencie nie jest najważniejsze. Zawsze kiedy widzę jakiś mały samolocik na niebie to trochę tak jakby z mojej duszy ktoś zrywał mały plasterek, ale trudno, przeżyję, nie znaczy to przecież, że nie zabiorę kiedyś Michasia na lotnisko, może będziemy kiedyś wspólnie latać, mama na pewno się ucieszy!

Mamy już doświadczenie w zmianie tego co pewne i stałe, a zawsze wiedzieliśmy, że bez tych zmian nie ruszylibyśmy do przodu. Najpierw przeprowadziliśmy się z dużego miasta nad morze, rezygnując z pracy i ze swojego życia w Poznaniu na rzecz lepszego, w Kołobrzegu. I tak właśnie jest, z czego się bardzo cieszę. Mamy wspaniały dom, stworzyliśmy rodzinę i jesteśmy tu szczęśliwi. Oczywiście, że trudno było się zdecydować na taki krok i nie zrobiliśmy tego w 5 minut, ale to pokazuje tylko, że w życiu warto podejmować trudne decyzje, zwłaszcza kiedy nie jesteś w tym wszystkim sam i dajesz sobie pomóc. A szczęściu, no cóż, trzeba pomagać! I za to jesteśmy wdzięczni wszystkim dobrym sercom.

W zasadzie mogę powiedzieć, że u nas zmieniło się wszystko i nic zarazem. Zmienił się nam system zarządzania czasem, pewne rzeczy trzeba było sobie odpuścić, wiadomo, a jeśli chodzi o psa… cóż, już się przyzwyczaił do małego. I wcale nie ma mniej ruchu niż wcześniej, a nawet jeśli, to i tak od zawsze uczyliśmy go odpoczywania w domu, dom to regeneracja, więc kiedy zajmujemy się Michasiem on ma to gdzieś, totalnie, bo robi to, co powinien, czyli nic. Przynajmniej teraz, kiedy mały jeszcze nie raczkuje, zobaczymy co będzie dalej i chętnie to opiszę!

Z reguły kiedy szliśmy spać, to całą trójką podążaliśmy do sypialni, gdzie Raster ma swoje legowisko, szedł za nami i wiedział już, że to czas na sen, a teraz kiedy idziemy tam z Michasiem, zgadnijcie kto już tam na nas czeka. Se stwierdził, a co tam, idę w kimę. Uczcie psiaki odpoczywania w domu, to nawet jeśli będą trochę niewybiegane – to jeśli nie rozproszy je żadna zabawka – z nudów się zwyczajnie w świecie położą. To trochę przypomina dobre nawyki żywieniowe. Jak ktoś ma ochotę na coś słodkiego to np. wybiera owoc, jakieś jabłuszko, bananek, a mój wzrok… niestety zawsze ląduje na szafce ze słodyczami. 

Nasz piesek nie zawsze jest taki spokojny i na medal, to wszystko fajnie wygląda na filmikach, które pokazuję w mediach społecznościowych, ale pamiętajcie, że to zaledwie kawałek całego tortu. Czasem zerwie się bestia znienacka kiedy wykonamy jakieś dziwne, nerwowe i nieprzewidywalne do tej pory ruchy, najczęściej by uspokoić płaczącego Michasia, ale to drobiazgi w niczym nie zagrażające bezpieczeństwu dziecka. Może czasem jest równie zdziwiony co wycofany, wciąż oswaja się z nową sytuacją, czasem powącha małego i idzie się walnąć w jakiś kąt, raczej go unika, ale ja rozumiem dlaczego tak jest.

Prawda jest taka, że nie komunikuje się z nim w żaden inny sposób niż poprzez zapach i nie rozumie co to za mały typek z nim mieszka, ale wie jedno. Ten mały typek jest ważny… i to bardzo ważny! Z pewnością dogadają się nieco później, jak Michaś podrośnie i będzie zrzucał jedzenie na podłogę, chociaż obstawiałbym jednak rzuty piłeczką… wtedy będą kumplami i wtedy Raster nie zazna więcej odoczynku w domu 🙈

Podziwiam ludzi, którzy mając dzidziusia lub małe dzieci decydują się dodatkowo na zakup szczeniaka, zwłaszcza jeśli to szczeniak border collie. Odkąd zacząłem wrzucać filmiki na TiKTok ludzie zagadują do mnie co to za pies i gdzie można takiego kupić. Najlepiej takiego samego. No i czy sam szkoliłem, bo pewnie chcieliby usłyszeć, że trzeba specjalisty i miliona szkoleń, i pewnie to wszystko pies miał dlatego jest taki posłuszny! Prawda jest taka, że to nie jest do końca kwestia posłuszeństwa co raczej kwestia współpracy. A już na pewno nie kwestia bezwzględnego posłuszeństwa. Ludziom się wydaje, że pies musi być posłużny nam, bo tak, bo tak mówię, jestem człowiekiem i jestem wyżej w hierarchi. Prawda jest taka, że psy muszą czerpać z tego radość. Nie wiem jak to wygląda przy normalnych psach, ale rasy pracujące potrzebują mieć swojego osobistego trenera. Dosłownie. 

On uwielbia współpracę, robi co mu mówię, bo czerpie z tego przyjemność. Jeśli ktoś chodzi na jakieś treningi jakiegolowiek sportu, dajmy na to karate, boks czy nawet koszykówka, to znaczy, że jest posłuszny trenerowi, bo trener mu coś… każe? Czasem może i tak, w tej jednej chwili, kiedy robisz „karne pompki”, ale zastanów się tak głęboko jaki to ma sens w mówieniu, że jest się posłusznym? Ktoś powie – a bo to pies i to inaczej – owszem ma trochę racji, bo tak się utarło trochę, że w kwestii psów zawsze mówimy o posłuszeńśtwie, ale ja powiem tak…

Kiedy przyjeżdżają do nas goście, a ja chciałbym, żeby pies nam nie przeszkadzał, bo on potrafi być taaaaki męczący i przynosi gościom różne zabawki, byle tylko ktoś mu coś rzucił, a ja chcę to przerwać i go „zapraszam” do siebie, to robi wszystko byle do mnie nie przyjść. I nagle super ułożony pies staje się największym cwaniaczkiem w domu. W końcu się podda i przyjdzie albo położy się pod stołem, w miejscu, gdzie wie, że go nie dopadnę i póki na niego patrzę to tam leży i jest taaaaaki grzeczniutki. Słodziak! Wystarczy tylko, że odwrócę wzrok… 

Jeśli takie są wszystkie bordery to jest trochę to przerażające, ale sam otworzyłem tę puszkę pandory, a Ci, którzy oglądają moje filmiki żyją w błędnym przekonaniu, za bardzo idealizując rasę. W połączeniu z dzisiejszą modą na bordery… cóż. Z drugiej strony wcale nie mam zamiaru tam pokazywać, że wszystko jest takie idealne. Już opublikowałem parę wtop, żebyście wiedzieli na co się piszecie. O tym trzeba mówić bez ukrywania prawdy, bo pomiędzy zadaniami, które te psy uwielbiają jest też normalne życie, do którego rytmu Twój pies musi się dostosować. I to normalne życie to ten większy kawałek tortu. 

Na tiktoktu obserwuje mnie już niemal 25 tysięcy ludzi, a zacząłem dosłownie z miesiąc temu. Jestem pewien, że za chwilę się to zatrzyma i serio, jest to w zupełności wystarczająca i satysfakcjonująca mnie liczba, wymierna do liczby powiadomień, które wiem, że mogę wyciszyć, ale ja… ale ja lubię wiedzieć 😉 

A więc… taka to notatka dla ludzi szukających informacji o rasie i o tym jak ogólnie może wyglądać życie dziecka z psem w tle – psem pracującym, który jest dość wymagającym upierdliwcem i dzieckiem, które za chwilę będzie próbować ciągnąć go za ogon. Jeśli masz już dzieci i chcesz, by wychowywały się ze zwierzakami i wybierasz bordera, no to czeka Cię naprawę trudne zadanie i przeprawa przez głębokie bagno. Po tym ile energii włożyliśmy w jego ułożenie, nie wyobrażam sobie robić tego z dzieckiem na ramieniu.

Prawda jest taka, że cokolwiek by się nie działo, jeśli jesteś ogarnięty, znajdziesz w końcu sposób na to, by było dobrze. Więc nieważne czy to border, krokodyl czy słoń, ogarniesz, luz. Minie kilka lat i będzie dobrze, dzieciom najwyżej jakieś tam blizny delikatne zostaną po podgryzaniu, da się z tym przecież żyć! Już nie przesadzajmy. No i w domu też przydałby się remont. Nowa sofa, nowe buty, podrapane drzwi też można wymienić… i tak już były stare.

Nasz pies na szczęście nigdy nie wyrządził jakichś wielkich szkód, także luz. Może mieliśmy szczeście. Lubię się chwalić moim mądrym psem, szczerze powiedziawszy jestem łasy na pochwały, po prostu próżny, wiem, ale nie ma nic za darmo i umiejętność poprowadzenia psa w odpowiednim kierunku wymagała konsekwencji i ponad dwóch lat codziennej pracy, więc teraz zbieram żniwa. Niesamowite, że mogę kontrolować naszego Rastra nawet ze 100 metrów. Sam się czasem zadziwiam. Mogę go odwołać od jedzących sobie spokojnie trawkę krów, od uciekających kotów, jadących rowerzystów, dzików 🐗, co do łatwych nie należy i nawet przy tak ułożonym psie wolałbym nie doświadczać podobnych rozrywek, ale tak jak mówiłem, jemu też to musi sprawiać frajdę. 

Jeśli rozważasz zakup bordera i szukasz informacji na różnych forach, zawsze znajdzie się jakiś obrońca rasy, który odradzi Ci jego zakup. Nagle wypełzają niewiadomo skąd ludzie, którzy na podstawie własnych doświadczeń, a w większości własnych porażek tworzą jakieś mity, pokazując obraz psa, który potrzebuje tyyyyle, że musisz być co najmniej półbogiem, by go poskromić. Jakby celem osób doradzających było wystraszenie Cię, a nawet całkowite odwiedzenie od zakupu bordera. Wciśnięte miedzy wierszami – My mamy bordera, bo jesteśmy ogarniaczami, a Ty, przegrywie jeden… lepiej sobie podaruj!

Zasada jest prosta, jak sobie pościelesz tak się wyśpisz. Naprawdę nie musisz być maratończykiem, żeby go poskromić, bo wtedy i pies by się nim stał, a wtedy to już go nie dogonisz. Schroniska wypełnione są różnymi psami, których właściciele po prostu nie podołali. Nie siedzą tam same bordery i maliniaki, uważane za tak nieprzystępne rasy. Ludzi przytłoczyło wiele różnych czynników, najczęściej rzeczywistość i brak zrozumienia potrzeb swojego pupila. A bo podgryza, a bo syn uczulony, a bo szczeka cały dzień jak nas nie ma, a bo gryzie ściany, sra w domu, a bo jakiś taki nadpobudliwy…, a bo coś tam… tego zawsze jest więcej od przyznania się, że to my jesteśmy powodem tej porażki.

I dziwne jest, że kiedy jesteśmy chorzy to idziemy do lekarza, a kiedy mamy problemy z psem… jakby nie chcemy profesjonalnej pomocy. A bo lekarz jest na NFZ, więc jak mam katar to pójdę, ale jakbym chciał przejść na jakąś sensowną dietę to najlepiej taką cud miód z internetów, bo po co mi pomoc wykwalifikowanego dietetyka. Efekt czasem znamy i nazywa się jojo. 

I sięgamy do tych internetów po przeróżne porady, a po drugiej stronie siedzi taki gość jak ja, który w dodatku nie ma o niczym pojęcia, a Ty mu wierzysz i potem widzę, że jeden to musi z psem chodzić 5 godzin dziennie, żeby go zmęczyć, drugi rzuca przez pół godziny frisbee, dzień w dzień, a trzeci to już w ogóle wysyła psa na Księżyc. Dobrych rad nigdy za wiele! Apetyt tej rasy rośnie w miarę jedzenia i to jest właśnie w tej rasie wyjątkowe. Im więcej czegoś robisz tym on więcej chce, nawet za cenę totalnego wyczerpania. Ale szybko można się wypalić. Codzienne frisbee nie będzie sprawiać radości ani Tobie, ani psu, trzeba to robić z umiarem, jak z umiarem powinno jeść się czekoladę. Mnie to oczywiście nie dotyczy, bo… bo nie.

Jeśli nie przepracujesz niepożądanych zachowań, te utrwalą się w złe nawyki, które zostaną z Tobą na lata (tak jak tłuszcz po tej czekoladzie) i dotyczy to wszystkich psów, tych małych i tych dużych, których potrzeby w 90% się pokrywają. Potrzeba eksploracji, gryzienia, żucia, węszenia i polowania to w zasadzie te najważniejsze. Odpowiednik polowania to też zdobywanie jedzenia za jakąś pracę, pracę która zaspokaja jego instynkt łowczy lub aportowanie, by gonił i łapał.

I chociaż są tacy co uważają, że „miska mu się należy”, ja raczej wolę żeby psiak nie rzucał się na jedzenie jak dzikus tylko by miał sam w sobie samodyscyplinę i samokontrolę, którą trzeba z nim wypracować. To nie jest moje widzimisię i próba uczłowieczenia psa. To, że ja nie jem z garnka tylko kładę jedzenie najpierw na talerz i chwytam za sztućce to nie znaczy, że mam wymagać tego samego od psa, ale samokontrola przydaje się w każdej sytuacji, nawet kiedy otwierasz drzwi i nie chcesz, by pies wybiegał jak szogun przed siebie. Jeśli drzwi otwierają się do środka, to jeszcze w przypływie jego euforii możesz mu łapkę przyskrzynić. Niech czeka na komendę, nic mu się przecież nie stanie. A kiedy na spacerze leży na ziemi kiełbasa? To samo. I kiedy na horyzoncie zobaczy kota? To samo. Niech czeka.

Wiecie, jestem trochę rąbnięty i czasem pozwolę mu pogonić takiego kota. A czasem nie pozwalam. I tak 90% kotów ucieka w pierwszej sekundzie na jakiś płot, a te, które nie uciekają tylko stoją… no te to mają mój szacunek. Nie mogę powiedzieć, by puszczanie psa „żeby sobie pogonił kota” było jakkolwiek mądre, można sobie wyobrazić scenariusz, w którym kot drapnie psa w nos lub ucieknie na ulicę pełną samochodów, ale w moim przypadku jedyne czego chcę to tak naprawdę nauczyć go, by czekał aż pozwolę mu go pogonić. I on już to kuma.

Psy sto razy bardziej wolą tak zwaną zasadę loterii, dlatego mój pies nigdy nie wie czy tym razem będzie mógł pobiec czy dostanie inne zadanie. Więcej satysfakcji ma w momencie wypełnienia zadania, to tak jakbyś stał na czerwonym świetle i tylko czekał na zielone. To tak jakbyś czekał na gwizdek, by wykonać padnij-powstań. To taka niewytłumaczalna, magiczna moc, która przecież działa. 

Ale to wszystko o czym piszę to i tak mały pikuś w porównaniu z tym co pies mógłby zrobić dziecku zupełnie przez przypadek, a jeśli nie będziesz mieć nad nim żadnej kontroli może być tylko gorzej kiedy pojawią się emocje. Dobrze, że mamy już odchowanego psa, a nie takiego szczeniaka terrorystę, bo nie wiem jak byśmy wyrobili psychicznie i fizycznie, ale to nie zmienia faktu, że oczy trzeba mieć dookoła głowy i psa samego z dzieckiem nie zostawiać.

Pod nasz dom podchodzą dzikie zwierzęta, czasem Raster zerwie się ostrzegawczo, wystarczy, że wskoczy wtedy na sofę, na której leżałby Michaś. Nieszczęście gotowe. Nie wierzę w to, by chciał go skrzywdzić celowo, znam jego psychikę i wiem jaki potrafi być delikatny. Nigdy nie zabraniajcie psu powąchać dziecka, chyba, że to obcy pies albo taki wpierdalający wszystkie gówna z ulicy, wtedy won! Z daleka kundla i jeszcze sik gazem zapobiegawczo, niech spada, najwyżej będzie miał złe skojarzenie… mówi się trudno, chciałem po dobroci, a skoro nie potrafi się zachować to nie ma! 

Dobra, oczywiście żartuję z tym gazem, ale teraz muszę to napisać wyraźnie, bo może to przeczytać jakiś dzieciak, który przegląda mój profil na TikToku, trafił tutaj i nie skumał. A moje żarty bywają ciężkie czasem, bo nikt ich nie rozumie poza mną. 

Ale też nadmiernie nie zachęcajcie psa do kontaktu z dzieckiem, bo jak się podnieci za bardzo to jeszcze je staranuje przypadkowo albo zacznie się po prostu bać i zrobi coś głupiego. Zrównoważony pies to taki, któremu zapewniamy odpowiednią dawkę ruchu i zmęczenia intelektualnego, a taki pies nigdy nie powinien odczuwać potrzeby rywalizacji z dzieckiem, bo i po co, skoro i tak cały dzień się wyleguje, i jak dziecka z Wami nie było to miał gdzieś co robicie, z kim i po co. 

Dlatego kiedy ktoś pyta mnie czy mój pies jest zazdrosny o Michasia, z ręką na sercu mogę odpowiedzieć, że nie. Ale czy border to pies odpowiedni do dzieci, który będzie spokojny i cierpliwy przy ich wybrykach? Tego jeszcze nie wiem, ale wiem, że będę miał go na oku.

Ludzie, zwłaszcza ci, którzy „się znają” – często nas zagadują i wiedzą lepiej od nas, że bordery to takie mądre psy, które są posłuszne jak żadne inne psy, zapewne już rodząc się znają język polski i po prostu nic nie trzeba robić, one takie mądre, a na koniec dodają – a mój to głupi jak but! Eh… ciężko to nawet jakkolwiek skomentować. Może trzeba było nie kupować psa? 

Kasia, on chyba nie śpi…

Kasia… on chyba na mnie patrzy… 

Kasia… on się chyba tego…  

Kasia… zmienić u mu pieluchę?

Kasia?

Przeczytałem w jednej książce, a raczej na pierwszych kilku stronach, ale chciałem wyjść na trochę mądrego, że dzieci, te ludzkie dzieci w sensie, rodzą się z wbudowanym programem dojrzewania – potrzebą bliskości fizycznej. Potrzebują jej zupełnie jak powietrza i pokarmu, jest to zupełnie naturalne, by w pełni rozwijać się fizycznie i psychicznie. Kontaktu potrzebują zarówno w dzień, jak i w nocy.

Właśnie… i w nocy.

Stopień tej bliskości zależy podobno od temperamentu dziecka, który to w przypadku niektórych bobasów jest umiarkowany, łagodny wręcz, gdzie dziecku po prostu wystarczy kontakt w trakcie karmienia i potem sobie taki bobo sobie smacznie śpi, za to… niektóre noworodki, takie jak nasz Michaś, czują potrzebę bliskości chyba nieco… mocniej. Stymulacja musi być zwiekszona!

Podobno też w kontakcie ze skórą, poprzez dotyk produkowany jest u niemowlaków hormon wzrostu, więc jeśli chcemy mieć w rodzinie koszykarza, to póki co idzie nam całkiem nieźle. Dlatego właśnie te wszystkie otulacze, w które maluch pakowany jest niczym kurczak z biedronki powinny być traktowane raczej jako strategia, w której rodzice mają chwilę wytchnienia, ale nie wolno przesadzać. To trochę tak jak z lodami, czujesz, kiedy zjesz za dużo. Ja się wtedy najczęściej nie przejmuję. Najwyżej odchoruję😎

Ale… no, czasem trzeba go zapakować w taki śpiworek, żeby sobie paluszków nie zjadł, bo zaczyna pakować do buzi własne łapki. Nauczyłem się już, że nie można odkładać go do łóżeczka tak od razu, zaraz po karmieniu, musi się chłopak trochę poprzytulać i kiedy mam pewność, że śpi jak kamień, cyk. Wtedy można nim dosłownie rzucić. Zanim zadzwonisz na błękitną linię wiedz, że nie praktykujemy rzutów za trzy. To taki delikatny rzut tylko. Delikatny.

Póki co uczymy się siebie, jest różnie. Raz spokojnie, raz mniej spokojnie… każdy rodzic wie o co chodzi.

Kasia bardzo mi zaimponowała. Poświęca się, regularnie wstaje w nocy, karmi, zwłaszcza w nocy, kiedy mój sen jest tak głęboki, że nic nie jest w stanie mnie obudzić. No dobra, może czasem wstaję i na hasło: podaj – przewiń – weź – zrób – pomóż – robię co mam zrobić, ale pamiętam to jak przez mgłę, a ruchy mam jak zombie, ale chyba jestem bardziej pomocny niż przeszkadzający 🙂

Do tej pory podczas zakupów tylko przeszkadzałem, a teraz zakupy muszę robić sam, także no… pozmieniało się! Rany! 

Ciąża i poród to trudny czas dla kobiet, Kasia naprawdę poradziła sobie ze wszystkim wzorowo. Po porodzie powinna dostać co najmniej odznakę dzielnego pacjenta w zamian za to dostała znienawidzone kanapki z szynką i pomidorem, i jedzenie, którego kaloryczność nie przekracza chyba tysiąca dziennie. Tak się traktuje maratończyków w szpitalach. Tak, poród to maraton, każdy lekarz, każda położna Ci to powie. To dlaczego? Dlaczego?

Naprawdę nie stać służby zdrowia na witaminy w postaci owoców i warzyw? Naprawdę to wszystko jest takie trudne? Może jest, a może to kwestia logistyki, w której nikt nie chce i nie potrzebuje żadnej rewolucji. Przecież dobrze jest jak jest, nikt się nie skarży… podobno. Co by nie było i tak jesteście na nich skazane, dostaniecie ten liść sałaty, witaminy są ważne! Przyniosą Ci również ciepły posiłek, najczęściej kiedy śpisz lub karmisz, nikogo nie obchodzi, że za chwilę wystygnie.

Trochę to smutne, zwłaszcza, kiedy na sali leży samotna matka, której nikt nie wspiera, nie odwiedzi i nie przyniesie niczego z… no wiecie, z zewnątrz!

A może gdyby jedzenie było z zewnętrz, chociaż w dobie koronawirusa to już w ogóle zapomnijcie, ale może, może gdyby prywatnie można było coś kupić, nawet mieć możliwość wyboru, może ten więzienny katering byłby zbędnym wakatem, oszczędnością szpitalną, a telewizja byłaby jednak za darmo?

Pewnie nie.

Ale oczy to ma po tacie ;)

Dokładnie pamiętam… jak dosłownie jeszcze przed pięcioma minutami na jednym ze spacerów mówiliśmy, że za 100 dni będziemy mieć synka. I co? Minęło 110 dni! Michasiowi się za bardzo nie spieszyło, ale w końcu… w końcu jest! Kasia dała radę, jestem z niej piekielnie dumny, dzielnie walczyła!  

Raaany, jak ten czas zasuwa. I aż mi się nie chce wierzyć, że za chwilę minie rok odkąd mieszkamy w naszym domku. Wokoło tylko cisza, spokój, wygoda, przestrzeń i… rodzina! Michałek jest już z nami. Drzewo oczywiście też już jest, i to nawet niejedno! Niesamowitym jest… tak na niego patrzeć, trzymać go, po prostu być obok niego. Powiedzieć, że jesteśmy przeszczęśliwi to za mało! Zanim pojechałem na salę porodową Kasia jeszcze troszkę leżała na oddziale, pojechaliśmy tam długo po terminie, bo nic się nie działo. Widocznie bardzo mu było tam wygodnie. 

Ale nic co dobre nie trwa wiecznie! W oczekiwaniu na telefon od Kasi, na ten moment, kiedy się to wszystko zacznie – dreptałem w miejscu, obgryzałem paznokcie, oglądałem wiadomości, starałem się nie bałaganić w domu i po prostu czekałem w boksie startowym, by do niej pojechać. Znacie to uczucie, kiedy stoicie na przejeździe kolejowym, gapiąc się na wciąż zamknięty szlaban, kiedy pociąg już dawno przejechał? No właśnie! Tak się czułem! 

Sam poród trwał 3,5 godziny, Kasia była baaardzo dzielna. Miała gorsze momenty, ale zaraz po takim kryzysie dawała z siebie wszystko. Co tu dużo gadać, jeszcze w środę Kasia była w pracy, w myśl zasady, że ciąża nie jest chorobą, po prostu robiła swoje, bo ma sporo na głowie. Ten typ tak ma, tej dziewczyny nie da się ot tak, zatrzymać. Twoja kolej, brzdącu.

Dzidziuś jest przesłodki, przeuroczy, jego stópki są takie malutkie, o… o takie, jestem dumnym tatą i rozsyłam wszystkim zdjęcia, oczekując – wiadomo – pochwał, gratulacji i… i tak dalej! Rany, jaki ja jestem łasy na pochwały! A, i żeby nie było, jestem przy tym zupełnie obiektywny, zupełnie! Ten mały gnomek po prostu nie może się nie podobać. On jest cudowny, a ja jestem zakochany, po prostu! 

I świat się kręci dalej. My będziemy chuchać i dmuchać, czasem damy mu się wybrudzić, dziadkowie będą trochę rozpieszczać, znajomi będą gadać do kogo jest bardziej podobny, chociaż oczka ma ciemne, jak ja, moja mama powie coś w stylu – cały Uki! – a mój tata zrobi mu za 15 lat domek na drzewie, podobno już zaczął budować, a pies… pewnie wyliże go całego od stóp do głów. Fu. I to jest zagadka w sumie… co zrobi Raster? I będzie super!

A, tego… i w ten oto sposób w domu jest trzech facetów, więc mamy przewagę liczebną i na pewno nie zawahamy się jej użyć. Deska będzie podniesiona!

Jestem mega ciekawy jak psi braciszek Michasia zareaguje na swoje rodzeństwo. Oczywiście zanim nasz Rasteruś pozna Michałka dam mu powąchać ciuszki małego i zrobię wszystko tak jak powinno się to robić, by piesek zdążył oswoić się z nową sytuacją. Dla niego to również będzie duże przeżycie, w końcu może się nam bestia zrobić zazdrosna! Dobra, czas trochę odpocząć, to była ciężka noc 🙂

p.s.

dziękujemy dziadkom za pomoc i wsparcie 🙂