Etap #2 – Mury!

Y… to, że filmik się tak urywa jakby… to zamierzone było, dobra? Zresztą, co ja będę pisał, zobacz sam. Albo sama! Albo oglądajcie razem! Może i nie mam lepszego zdjęcia głównego z tego etapu no, wtopa, ale mam chociaż nadzieję, że spodoba Wam się to co poniżej 😉  

Powiem tak… warto czasami przyłożyć poziomicę do ściany. Kiedy w późniejszym etapie przyszli do nas tynkarze, oczywiście narzekali na swoich poprzedników. Naprawdę nie wiem na ile skuteczne jest murowanie od sznurka, ale z tego co pamiętam to tam każdy się tam na budowie o te sznurki potykał, więc cóż… wyszło jak wyszło. Nie było idealnie, ale do akceptacji. A to, że ściana leci na głowę, eee tam, kto by się przejmował. Dla nas, świeżaków, była to dobrze zorganizowana budowa na najlepszym, światowym wręcz poziomie! Do momentu, kiedy zobaczyliśmy innych murarzy, u sąsiadów, bo akurat sąsiad rozpoczął budowę w podobnym czasie. Rany jak oni to wszystko równo robią! A jak mają czysto! Oczywiście jestem zadowolony z naszej ekipy, ale niejednokrotnie sprzątaliśmy po naszych chłopakach, bo by się potykali o własne śmieci. Tak naprawdę nie musieliśmy się o nic martwić i w zasadzie to się najbardziej ceni. Załatwiali wszystko sami, czasem może dzwonili informując, co będzie im potrzebne, ale to były jednorazowe sprawy, a kiedy wreszcie tynkarze pokazali mi różnice w poziomach, to nie mieli problemu, by wziąć na siebie koszty pogrubień. Mają takie no… normalne podejście, tak po ludzku, zwyczajnie… można się z nimi dogadać bez żadnej spiny. Kiedy brat Kasi opowiadał nam o swojej ekipie i o tym jakie cuda mu tam na budowie wyczyniali, to u nas to była czysta przyjemność. 

A… widzicie tę rurę na środku fundamentu? No to tego… geodeta chyba coś skopał, a murarze przegapili. To był pierwszy, może nie poważny błąd, ale kiedy zerknąłem na plany i porównałem kanalizację z tym co zobaczyłem na budowie… przełknąłem ślinę. Nie potrafię precyzyjnie określić kiedy powinno stosować się tradycyjny fundament a kiedy nie, to rola konstruktora, ale z tego co mi wiem to płytę fundamentową określa podłoże, na którym będzie stał dom. To lepsze rozwiązanie na mniej stabilnych gruntach, takich jak u nas, gdzie cała ta wielka powierzchnia układa się jak narta na śniegu. Równomiernie! Było to widać na poprzednim filmie. Kopiemy dziurę, niezbyt głęboko, ubijamy piach, dajemy folię, zbrojenie i… lejemy beton. Z tym betonem to też chyba nie ma co szaleć. Są różne klasy określone literką C. Z uwagi na słaby grunt konstruktor zalecił nam C30/37, ale murarze powiedzieli, że możemy na tym postawić kościół! Stanęło na wizji konstruktora, nie ma co oszczędzać, kiedy chodzi o nasze bezpieczeństwo.

Potem na to przyjdzie ewentualnie wylewka samopoziomująca i pozostaje już tylko ocieplenie styropianem, na który przychodzi ogrzewanie podłogowe i ostateczna wylewka gotowa do wybrania Twojej wymarzonej podłogi. Np… drewniana! No chyba, że masz psa… wtedy się zastanów, czy warto.

Potem na to przyjdzie ewentualnie wylewka samopoziomująca i pozostaje już tylko ocieplenie styropianem, na który przychodzi ogrzewanie podłogowe i ostateczna wylewka gotowa do wybrania Twojej wymarzonej podłogi. Np… drewniana! No chyba, że masz psa… wtedy się zastanów, czy warto.

Co tu dużo gadać, nasza ostatnia wizyta w Castoramie mówi sama za siebie.

I najgorsze jest to, że kiedy byliśmy w Komforcie i oglądaliśmy drewniane podłogi za 300 złotych za metr i w górę, to efekt był podobny. No, my takiej kasy nie mamy, stawiamy głównie na kafle, a w pokojach zrobimy panele. Ale wybierzemy jakieś fajne panele, a nie jakieś gówno za dychę, to by było samobójstwo! 

Następny etap? Dach! Niedługo wrzucę filmik 🙂

Budujemy dom! Projekt i fundamenty.

I to jest właśnie projekt naszego wymarzonego domku 🙂 
Wizualizacja, która oczywiście troszkę się różni od tego cośmy tam sobie wymyślili. 

Od samego początku zakładaliśmy, że nasz dom kształtem będzie przypominał stodołę w nowoczesnym stylu. Miało być prosto i bez żadnych piruetów i skomplikowanych łamańców na dachu, i innych takich…, ale o problemach wynikających z prostoty tej konstrukcji opowiemy później. Wszystko po kolei 🙂 

Nasz domek będzie więc wyglądał tak… 
Z tyłu rezygnujemy z tego wieeeeelkiego przeszklenia, bardziej ze względów praktycznych, bo taka szyba jest MEGA, ale no… cena też byłaby MEGA. Wizja może i jest nowoczesna i taka szyba wygląda świetnie na wizualizacji, ale rozstawianie rusztowania, żeby ją kiedyś umyć już świetne by nie było. Kto wie… może kiedyś to przebudujemy? Może! Póki co jesteśmy już na tym etapie:  

A to powyżej to założenia projektu. Do boku większej stodoły doklejamy garaż, a w miejscu, w którym miał być on pierwotnie będzie pracownia artystyczna Kasi. Czad! Nie możemy się doczekać 😊

Kupiliśmy ten projekt jeszcze przed naszą przeprowadzką, mieszkając w Poznaniu. Tak naprawdę zanim zdecydowaliśmy się na wspomnianą „stodołę” szukaliśmy inspiracji w projektach domów z płaskim dachem w nowoczesnym, modernistycznym stylu. Później dowiedzieliśmy się, że warunki zabudowy naszej działki na to nie pozwalają, ale… jak to się mówi – nie ma tego złego. Bo dach skośny to… przestrzeń nad głową? 

Nad jedną stodołą jest otwarta przestrzeń, nad drugą poddasze użytkowe. Chcieliśmy czegoś innego, domu, który troszkę się wyróżni, będzie po prostu nieco inny, ale który też będzie prosty w swojej konstrukcji. Nie porwalibyśmy się na projekt, który zrujnuje nasz budżet. I tak oto trafiliśmy na pracownię, której projekty zachwyciły nas od pierwszego wejrzenia, przez co jeden z nich zostanie już z nami na całe życie. Na stronie nanostudio.pl każdy jeden projekt jest po prostu rewelacyjny. Trochę mniej rewelacyjny był architekt, który częściej ziewał niż zadawał jakieś konkretne pytania, tak jakby nie był zainteresowany rozmową z młodymi ludźmi, a kiedy rozmawialiśmy o powiększeniu wersji jego projektu to uznał, że to jakaś fanaberia i jemu się podoba taki jaki jest, bo wielkościowo jest przecież wystarczający, gdyż on całe życie mieszkał w bloku i pokoje, salon i cała reszta są odpowiednie… 🤔

Drogi panie, gdyby były odpowiednie, to nie prosilibyśmy o zmiany i powiększenia. Niektóre komentarze też mógł pan sobie darować, bo zwyczajnie w świecie były nie na miejscu, a poczucie oceniania nas pojawiło się od samego przekroczenia progu studia i nie zniknęło aż do dzisiaj. 

No, w każdym razie dostosowaliśmy projekt pod nasze potrzeby, jak już pisałem –  jest powiększony, cała bryła jest wydłużona, przez co i pojedyncze pokoje są większe, mamy też dobudowany z boku garaż i pracownię z antresolą, która ma przeolbrzymią przestrzeń na poddaszu. Ze względów praktycznych zrezygnowaliśmy z tego olbrzymiego okna w salonie, poza tym koszt takiej szyby… 
No i trafiliśmy w dobre ręce, architekt, który nam to zaadoptował na działce to fajny facet, rozwiązujący na bieżąco problemy, a nie tworzący je. I dobrze, bo po tym jak byliśmy traktowani nie wyobrażam sobie budować tego domu w Poznaniu. 

No i przyszedł wreszcie ten dzień, dzień w którym rozpoczęliśmy pierwsze prace. Geodeta przyjechał zrobić pomiary, następnego dnia budowlańcy wkroczyli już do akcji. Jeszcze zanim wbiliśmy łopatę w ziemię, nie byliśmy w stanie wyobrazić sobie naszego domu na działce, na której ówczesne chaszcze sięgały wyżej głowy, noga zapadała się w wilgotną glebę po kolano, a pobliskie aligatory syczały ze złości, że ktoś wchodzi na ich teren.  

I w zasadzie rozpoczęliśmy etap, w którym wiesz już, że coś tam się na tej działce dzieje, ale w zasadzie jeszcze nie wiesz co. Dziura w ziemi i jakieś tam wykopy. Po co, na co, co dalej? Byliśmy w dobrej sytuacji, bo budowlańcy ściągali wszystkie niezbędne materiały na własna rękę, mieliśmy spokój i mogliśmy zająć się w tym czasie swoją pracą. No i wszystko w cenach bazujących na granicy rozsądku. Mieliśmy ogarnięta ekipę, której przygotowanie fundamentu poszło gładko. Po 3 tygodniach fundament był już zalany, a potem zaczęliśmy już iść w górę. Niedawno dopiero okazało się, że mury nie są do końca równe, jeszcze przed świętami Bożego Narodzenia wskoczyła ekipa tynkarzy, która przeklinała murarzy, ale powiedzcie mi, na której budowie nie ma takich akcji? Murarze zachowali się mega w porządku i pokryli koszty pogrubień tynku, więc nie wyszliśmy na tym źle. 

Przy początkowym etapie prac mieliśmy polecone ekipy, ale później korzystaliśmy z serwisu do wyszukiwania fachowców. Jeśli Ty jesteś teraz w miejscu, w którym my byliśmy rok temu, to polecamy gorąco serwis Oferteo.pl 

Serwis zbiera potencjalnych wykonawców w jedno miejsce, przez co każdy z nich jest dla siebie konkurencyjny. Każdy kolejny telefon to nowa propozycja. I w ten sposób spokojnie zjedziesz z ceny nawet o połowę. I nawet nie trzeba nic ściemniać, bo już słyszałem komentarze, że za tyle to panu nikt nie zrobi. Ah tak, jest pan pewien? 😎 Wszystko jest zgodne z prawdą i to konkurencja przebija cenę. 
Tylko… 
Nie ma też co szukać na siłę najtańszej możliwej usługi, bo partaczy nie brakuje!!! 

A oto filmik przedstawiający nasz pierwszy etap 😉 

Pół roku później…

Minęło prawie pół roku od mojego ostatniego wpisu, no… w takim tempie to my popularności nie zdobędziemy! Co się zmieniło u nas przez te… prawie pół roku? A no całkiem sporo!

Przede wszystkim budowa domu idzie nam bardzo dobrze! Nie mamy praktycznie żadnych przestojów, wchodzi ekipa za ekipą i jak do tej pory wszystko jest zrobione rewelacyjnie. Tata Kasi dogląda budowy, jest tam prawie codziennie i widzi to, czego my nie jesteśmy w stanie zobaczyć. Gość naprawdę zna się na rzeczy i jesteśmy mu za to mega mega wdzięczni, bo gdyby nie on, prawdopodobnie teraz wychodziłyby wszystkie błędy, o których nawet nie mielibyśmy pojęcia, że można było ich uniknąć.

Przymierzamy się Kasią do założenia kanału na YT i prowadzeniu Instagramowych relacji na temat budowy, gdzie podsumujemy wszystkie wykonane prace i… koszty. Zaczęliśmy w czerwcu, więc mamy trochę do nadrobienia, ale lepiej późno niż wcale! Tylko… cienkie bolki z nas i boimy się zacząć! Sami wyciągnęliśmy kilka ciekawych lekcji z takich filmów, w których ludzie właśnie przeszli przez etap, z którym my zmierzymy się za kilka tygodni. Już się nie mogę doczekać, te własne „cegiełki” i etap urządzania domu to dopiero będzie frajda! W tym tygodniu codziennie po pracy jeździliśmy układać styropian pod posadzki, 4 warstwy… było grubo, 220 metrów… zasypialiśmy jak dzieci. A nie, nie… przecież w domu czekał na nas ten diabeł…

Raster, nasz cudowny, najlepszy i najmądrzejszy pies na świecie… no… ale nie jest zbyt wyrozumiały. Nie ma, że boli, spacer się należy! Oj, a ruchu to on ma sporo. I my dzięki niemu też. Przed pracą 40 – 50 minut to normalka, po pracy szybko opróżniamy pęcherz, po obiedzie godzinka, wieczorem już luźno. 4 spacery to nasz rytuał, jeśli tylko rano wstanę z łóżka. Kiedy obiecywałem Kasi, że będę rano wstawał i wychodził z psem… przecież miałem na myśli, że wieczorem! No ale te wyniki nie wzięły się znikąd, limit 10.000 kroków jest spokojnie do osiągnięcia. A jak nie to siedzę na sofie i machą łapą…

Młody za chwilę skończy rok, z tygodnia na tydzień jest coraz bardziej dojrzały, spokojniejszy i przede wszystkim wyciszony w domu. Ufff! Częściej przychodzi do nas się trochę pokokosić, położyć głowę na kolanie, by po prostu być z nami i trochę odpocząć. Zdobył dzięki temu niemożliwy front – sofę, od czasu kiedy to nas nie podgryza. Oczywiście najepszym miejscem do drzemki zawsze będą dla niego zimne kafle, on po prostu bardziej lubi chłodne miejsca, na sofie wytrzyma max pół godziny i sam schodzi. Codziennie testuje swoje granice, kiedy chce coś zbroić zastyga w ruchu i patrzy na nas… to niewyobrażalnie śmieszne doświadczenie. Kiedy podchodzi do rozwieszonego prania i patrzy czy zabronię mu ściągnąć skarpetkę czy przypadkiem nie zauważę… i myśli sobie – uda mi się czy mi się nie uda? Czasem jest taki śmieszny…

Nie ma co ukrywać, najtrudniejsze w wychowaniu psa rasy border collie jest nauczenie go, by w domu odpoczywał. Bordery to wysokoobrotowe silniki, grzeją ile fabryka dała. Raster może napieprzać do upadłego, nic nie jest w stanie go zatrzymać! Jeśli przyzwyczaisz swojego psa do takiego pobudzenia, będzie myślał, że tego właśnie od niego oczekujesz i jak bardzo zdziwiony i rozczarowany będzie, kiedy przestaniesz go nakręcać, bo zwyczajnie w świecie w końcu zajmiesz się swoimi sprawami. Jak bardzo sfrustrowany będziesz Ty, gdy podczas „home office” będziesz musiał trochę popracować, ale pies Ci na to nie pozwoli.

Dla naszego Ryśka odpoczywanie jest większym wysiłkiem zarówno intelektualnym co i nawet fizycznym. Opanowanie swoich emocji zużywa w nim więcej energii niż bezmyślne szaleństwo, czasem nawet mam wrażenie, że im więcej odpoczywa, tym bardziej jest zmęczony. By pies wyrósł na zrównoważonego i ułożonego przyjaciela, powinien odpoczywać znaczną część dnia, a szczeniaki powinny przesypiać nawet 16 godzin! Wydaje się niemożliwe, no nie :)?

Faktem jest, że bordery szczególnie, wymagają tego „wybiegania” i to wybiegania nie byle jakiego. Pies rasy pracującej musi mieć zadania, to sens jego życia, a my z Kasią wiemy jak go ogarnąć, więc po spacerze jest spełniony (przynajmniej nie skarżył się, że nie jest!)

Przy takiej aktywności nasz pies spokojnie przesypia 12 godzin, z czego później w ciągu dnia odpoczywa, czasem w trybie „czuwania”. Przy czym 12 godzin to absolutne minimum, czasem śpi nawet… 18 godzin! Coooo!? Lub zwyczajnie w świecie leży i patrzy co robimy. Wystarczy powiedzieć na głos – „idziemy na spacer”, a ten wyskakuje jak z procy i już jest gotowy! Nowe baterie i jazda! Czasem trzeba uważać co się mówi, bo gdy przypadkowo użyjemy jakiejś komendy zwalniającej lub oglądamy filmiki z nim w roli głównej to już się chłopak nakręca.

SERIO!? 18 GODZIN!?

Kamera praktycznie nie rejestruje żadnego ruchu kiedy jesteśmy w pracy, on po prostu ma wszystko w nosie i śpi. Nic dziwnego, po tak długim spacerze, wydzielonej przestrzeni, odcięcia od bodźców, braku możliwości siania zniszczenia i miliona zabawek dookoła – idzie spać. Oczywiście wszystkiego rodzaju maty węchowe czy kongi też są całkiem spoko, ale z reguły Ciebie w domu nie ma 8 godzin, a pies ogarnie taką matę w 10 minut, więc co dalej? Kong? Raster szczeka jak nie może czegoś zdobyć. Musi być to trochę frustrujące, wolę, by jednak odpoczywał niż myślał non stop o tym, że ma resztki żarcia pod nosem, którego nie sposób wydłubać. On po prostu musi być zmęczony, żeby mógł sobie odpoczywać, stąd u nas długi spacer z zadaniami już od rana i… nie ma żadnego problemu. Tak w ogóle to z reguły nie jest zainteresowany gryzakami do czasu naszego powrotu. Zaczyna je skubać dopiero w momencie, w którym my siadamy do obiadu. Co za dziwny pies!

Czy bordery to psy trudne w ułożeniu? W zasadzie i tak, i nie. Gdybym miał komuś polecić bordera z temperamentem naszego… no na pewno kazałbym się tej osobie mocno zastanowić. To naprawdę nie jest wcale takie proste, hodowca nie daje kartki z instrukcją obsługi, musisz myśleć trochę po psiemu, by zrozumieć świat z perspektywy czworonoga i tego co się mu opłaca, a co nie. Wtedy z pewnością wykorzystasz inteligencję swojego psa do swoich celów. Nie licz na to, że on będzie robił coś z miłości do Ciebie, po prostu pójdzie na skróty i zrobi wszystko by osiągnąć swój cel. Jeśli jest to dyndająca na wieszaku kurtka, do której chce się dobrać, rzucone „nie wolno” nic nie da. Jeśli gryzie ścianę, bo w niej są „głosy”, a Ty to zauważysz i go zdzielisz miotłą… to też nic nie da. Nawet jak zrobisz to 100 razy.

Im głupszy pies, tym teoretycznie szybciej załapie, że czegoś nie wolno, jeśli stosujesz metody pozytywne i dostaje coś w zamian. Im głupszy! Dlaczego? On sobie wtedy pomyśli… chwila chwila… to bardziej w zasadzie opłaca mi się leżeć i pachnieć, a nie biegać po domu, bo dostaję wtedy fajne żarcie. Te nieco inteligentniejsze psiaki natomiast, wypracowują sobie w mózgu troszkę bardziej skomplikowany schemat, skojarzenie! Chwila chwila… a więc muszę gryźć ścianę i napieprzać po chacie, wtedy wszyscy krzyczą NIE, a ja nie wiem w sumie czy to dobrze czy źle, grunt, że zaraz po tym dostanę zabawkę albo jedzenie. Czyli opłaca się robić zadymę!

My myślimy, że skutecznie odciągamy uwagę psiaka od czegoś, a ten mały cwaniak właśnie osiąga swój cel poprzez nasze ludzkie, schematyczne reakcje. I dlatego właśnie skubane są takie mądre. Rasy psów, które uważane za te bardziej inteligentne zdolne są do osiągnięcia tych „niewidocznych celi”. Chcą dostać szarpaka, a ten jest w szufladzie. Być może właściciel wyciągnie go kiedy trochę porozrabiam…

Dużo mówi się o tym, że mądrego psa łatwo czegoś nauczyć, bo szybko kuma i tak dalej, ale mało mówi się o tym, że trudno jest go czegoś oduczyć. Zwłaszcza kiedy dochodzi do zniszczeń. Trzeba znaleźć na to sposób lub po prostu poradzić się dobrego behawiorysty. W teorii pomogą trochę książki, ale czasem i one na nic się zdają, bo szybko zapominamy o ich treści lub są zbyt ogólne. Szkolenia w zasadzie tak samo. Niektórym nawet i pięć pod rząd nie pomoże.

Ludzie po prostu wiedzą lepiej co dobre dla ich pupili, tak samo jak dobry rodzic doskonale wie, co dobre dla jego dziecka. To oczywiste, że paprykowe chipsy będą lepsze, bo solone to nie, bo tam jest sól, a sól jest niezdrowa. Do podobnych absurdów dochodzi przy wyborze diety. Jestem na diecie, dlatego smażę placki i nie jem chleba. A na czym smażysz te placki? Na wodzie? Jako ludzie powinniśmy być przecież doskonali, a jeśli te powyższe przykłady są chociaż troszkę bliskie prawdy i Ty też tak myślisz, to wyobraź sobie co czasem słyszę od innych właścicieli psów, których spotykam na spacerze, a którzy mówią mi, że byli już na kilku szkoleniach…

A no… tego…

***** ***

Sztuczki to jedno, ale wychowanie… #8

To zupełnie inna sprawa… 
Szkoleniowcy często słyszą od swoich kursantów jedną odpowiedź: 

„W domu zrobił!”. 

Nasz zaraz już półroczny border też w domu zrobi wszystko. W sensie to, czego go do tej pory nauczyliśmy, a potrafi zrobić parę naprawdę fajnych rzeczy, więc nic nie stoi na przeszkodzie, żebym stał na promenadzie z kapeluszem, chyba nie ma się czego wstydzić! Kiedy powiem „siad” on usiądzie, jestem prawie pewien! 

YouTube stoi przede mną otworem, wreszcie zdobędę popularność w internetach! Nie udało mi się zdobyć mojej wymarzonej popularności bazując na mojej twarzy, co jest zupełnie niezrozumiałe, bo znajomi mówią, że przypominam trochę Brad’a tylko… taką… nieco grubszą jego wersję, ale jednak wciąż Brad’a. Tego BRAD’A. No, ewentualnie jestem trochę podobny do Rick’a Hoffman’a… wiecie, tego, który w Suits’ach gra postać Louis’a, największego przystojniaka w całej kancelarii… 

niżej… 

niżej, niżej… 

o tego: 

 

BvBfzoGCMAAm1dk

Niedawno zakończyliśmy psie szkolenie, na którym głównie uczyliśmy się… robić z siebie durnia. W pakiecie niestety w ślad za tym nie idzie obniżenie progu poczucia obciachu, musimy po prostu robić swoje i mieć gdzieś co sobie myślą ludzie, ale taka jest cena bycia bardziej atrakcyjnym od leżącej na ulicy kiełbasy… 

Byliśmy przekonani, że wśród innych czworonogów nasz będzie miał problem ze skupieniem, ale miło się zaskoczyliśmy. Nie my jedyni zresztą, każdy miał podobne zdanie o swoim pupilu 😅 To nie jest tak, że po takim szkoleniu pies jest już tak ogarnięty, że teraz to wszystkie spacery będą super i nie trzeba już nic robić, w końcu za każdym razem gdy przekroczysz próg swoich drzwi wkraczasz z nim w świat pełen przecudownych zapachów i możesz mieć wrażenie, że pies Cię czasami zlewa, ale to nic! Nawet dziecko się buntuje kiedy nie chce zejść z placu zabaw, nie ma co się dziwić psu. 

Nasze spacery wyglądają tak, że dajemy się zwierzakowi „wywąchać”, załatwić swoje sprawy, a potem zajmujemy go sobą i potrafimy sprawić, by skupił się na zadaniach jakie dla niego zaplanowaliśmy, a on… daje radę. Czasem ciągnie jak parowóz i musimy go non stop korygować, a czasem idzie spokojnie przy nodze, niebywałe. Jeszcze dużo pracy przed nami, w dodatku ja mam tendencję do wtrącania się, co nikomu nie służy i podważa autorytet Kasi, więc we dwójkę chodzimy na bardziej luźne spacery, czasami wyjeżdżając do lasu, gdzie pies swobodnie sobie biega. Oczywiście będąc na długiej lince, która zawsze plącze mu się pod nogami, ale trudno, bo kiedy rzuci się w pogoń za jakąś sarną najprawdopodobniej zdążę ją nadepnąć. Linkę w sensie, nie sarnę przecież 🤔

Jakoś nie wyobrażam sobie siebie czy Kasi w roli kogoś kto wychodzi z psem na spacer tylko po to żeby ten załatwił swoje potrzeby i do domu. Skoro już kładę się spać lub wstaję o nieprzyzwoitej godzinie to już się kawałek przejdziemy i coś tam ciekawego porobimy. To mi się chyba nigdy nie znudzi, ale przed nami zima, może nie będzie nam się chciało… wtedy to już chyba tylko bieganie, żeby nie zmarznąć… wreszcie nie będzie wymówek! Zobaczysz Kasia jak moja waga poleciiii… samo się wypali. 

Jesteśmy w trakcie budowy domu i na pewno będzie o wiele wygodniej, móc kiedyś puścić psa na dwór, jednak ogródek za nas sprawy nie załatwi. Chyba każde psy lubią mieć większą przestrzeń, zwłaszcza psy pasterskie, ale przy wyborze rasy nie sugerowałem się tymi kryteriami. My ludzie też lubimy duże przestrzenie, a nierzadko żyjemy w małych i ciasnych mieszkankach. Ci sami, którzy przestrzegali przed wyborem rasy właśnie z tego względu, doradzali później zakup klatki, żeby pies miał swoje miejsce na relaks i wyciszenie się. W kwestii sprostowania – teraz wiem, że jedno wcale nie wyklucza drugiego, chociaż początkowo wydawało mi się to dziwne. Pies musi umieć się wyciszyć w domu, a dobrze wprowadzona klatka to najskuteczniejszy sposób.

Samo wypuszczenie psa na dwór to też nie to samo co pójście z nim na spacer. Nawet jeśli z Twoim czworonogiem łączy Cię tylko koniec tej samej smyczy i traktujesz kundla jak zło konieczne, bo może dzieci chciały i teraz dorosły musi je wyprowadzać, to w zasadzie mieszkając w domu… żaden problem, ale mieszkając na 15 piętrze na Batorego nie masz wyboru i musisz poświęcić mu trochę uwagi, a sam czas spędzony w windzie z psem to już pewnie z pół godziny zleci. W jedną stronę! Więc w kwestii budowania jakichś tam więzi z właścicielem, mieszkanie robi robotę za Ciebie. No i winda też. 

To chyba tak jak z poświęcaniem czasu dla dzieci. Możesz być rodzicem siedzącym w parku na ławce i gapiącym się w telefon, czytającym wszystkie nowe posty swoich znajomych, z którymi i tak nie masz żadnego kontaktu lub możesz rzucić się za dzieckiem w pogoń, przepchnąć w kolejce do zjeżdżalni Maciusia (łokciem) i Jasia (kolanem) i ja właśnie takim rodzicem być zamierzam. A niech mi tylko którą matka coś powie, będę jak Louis! I obym schudł do tego czasu, bo jak się zaklinuję w tunelu to będzie przypał. 

Ostatnio miałem okazję wykorzystać swoje nowe umiejętności robienia z siebie durnia, kiedy Raster pobiegł z innym psem w kierunku zachodzącego słońca, wraz z nerką, do której spięty był karabińczykiem. Pas biodrowy pękł, a ja pomyślałem sobie, że widzę mojego psa ostatni raz. Papa, piesku! 

Staliśmy sobie razem pod Lidlem, jak Flip i Flap i czekaliśmy na Kasię, kiedy podszedł do nas inny pies, husky, bez smyczy i właściciela, który może był gdzieś w pobliżu, tego nie wiem. Nie miałem nawet jak odciągnąć od niego mojego psa, bo gdzie się nie ruszyłem ten psychol pałętał się wokoło nas. Chyba po prostu pies komuś zwiał, bo raczej nikt o zdrowych zmysłach nie puściłby go luzem, więc patrzyłem tylko czy to niewinne obwąchiwanie nie przerodzi się w jakąś masakrę… 

Ale z mojego punktu widzenia nic się w zasadzie takiego nie działo, kiedy nagle husky zwrot o 180 i ciśnie sprint, a mój za nim! Wiedziałem, że daleko nie ubiegnie, bo jestem dobrze zabezpieczony, ale… co to? Co poszło nie tak? Nagle poczułem luz w pasie, jakby mi ktoś pasek ze spodni wyciągnął. Zacząłem głośno klaskać, wołać do siebie „dawaj, dawaj” biegnąc w przeciwnym kierunku, ale zwątpiłem, kiedy to początkowo nie pomagało. Kiedy już miałem się poddać i rzucić w pogoń za tymi dwoma wariatami, Raster odpuścił zabawę i zaczął biec w moją stronę. Ufffff… Przylazł, zjadł kilogram smakołyków… jeszcze go nagrodziłem! Gnojek mały, a miałem ochotę go normalnie udusić! 🙈