To był wspaniały tydzień. Pomimo, że słońca unikałem na wszelkie możliwe sposoby i tak spiekłem sobie plery. Na czerwono, jak rak! Teraz mi skóra odchodzi plastrami. Kasia za to ma opalone „okulary” 🙂 … 

Z Poznania mieliśmy wylecieć o 22:30, niestety trafiliśmy na małe opóźnienie i koczowaliśmy na lotnisku. A mimo to jak zawsze w takich sytuacjach ludzie zamiast sobie spokojnie siedzieć i czekać na otwarcie bramki ustawiają się w kilkudziesięciometrowe kolejki. Zanim jeszcze przyszła obsługa. Po co? Bo jeszcze im samolot ucieknie! Nie usiądą!

Sobota, godzina 6:30. Zmęczeni po podróży, ale jakże szczęśliwi podeszliśmy do recepcji, zameldowaliśmy naszą obecność, założyliśmy na rękę niebieską, hotelową opaskę i odebraliśmy klucze do pokoju. Od razu poszliśmy spać. Na chwilę, bo do 10:00 było śniadanie, którego nie mogliśmy przegapić!
Nikt, no… może za wyjątkiem paru innych osób, nie miał takich opasek jak my. No tak, w końcu wszyscy wykupują opcję „all inclusive”, grubasy. W naszych głowach urodził się chytry plan. Bo… ale… w sumie… zaraz, zaraz. Czyli jeśli ktoś nie ma opaski to jest „all in”, a jak ktoś ma opaskę, tak jak my… to nie jest? 

Zacząłem testowo sprawdzać wytrzymałość opaski, zawsze mógłbym powiedzieć, że spadła podczas pływania. Poznański szmundak… Później delikatnie próbowałem naciągnąć opaskę, by zwiększyć jej długość, tak by ściągnąć ją przez nadgarstek, ale też tak, by nie naruszyć jej konstrukcji! Może na masło? Żel pod prysznic? W sumie zdziwiliśmy się, że hotel stosuje takie zasady. Coś było nie tak, postanowiliśmy się tego dowiedzieć. W końcu zapytaliśmy, a w odpowiedzi usłyszeliśmy – „Ale państwo macie ALL INCLUSIVE”. W tym samym czasie… spojrzenie na siebie, błysk w oku i ta myśl, że jeszcze 5 minut wcześniej chciałem się tego pozbyć. Mówiłem – „Nie no Kasia ja zrywam to gówno!”

Ja pierdzielę… chciałem zarżnąć kurę, która znosi złote jaja!!!

Musieliśmy potwierdzić tę wersję. Coś nie do końca grało z osobą, która przekazała nam tak radosną nowinę. Wydawała się jakaś taka… jak człowiek  z zezem. Gdy mówi, niby patrzy wprost na ciebie, ale w zasadzie nigdy nie masz pewności. Tzn. nie miała zeza, tylko była jakaś taka nieobecna. Taka mimoza trochę. W każdym razie nasza rezerwacja faktycznie zawierała pakiet ALL! Ktoś musiał się w naszym biurze podróży zdrowo walnąć, bo przecież my… wykupiliśmy tylko HB! Czy chcieliśmy się przyznać i wyjaśnić sytuację? Absolutnie! Absolutnie NIE! No raczej!

Z dnia na dzień byliśmy coraz bardziej pewni siebie. Personel hotelowy już nas znał, więc nie było problemów, by wykorzystywać naszą niezasłużoną pozycję w sposób naturalny, tak by nie wzbudzać podejrzeń. A kiedy zamawiałem drinka celowo kładłem łapę na blat, co by przypadkiem nie zapłacić przy barze. Zero skrupułów. Przez chwilę zastanawialiśmy się czy gdyby sytuacja była odwrotna, czy również siedzielibyśmy tak cichutko :). Nieeeeeeeeee… 

Kiedy tego dnia weszliśmy na kolację ludzie przestali jeść. Wszyscy skierowali wzrok w naszą stronę. Staliśmy tak kilka sekund, Kasia szturchnęła mnie w ramie. Wówczas delikatnym skinięciem głowy dałem znak, by sobie nie przeszkadzali i kontynuowali konsumpcję…

Ale i tak nie wykorzystaliśmy „naszego” pakietu tak jak inni hotelowi goście. Nie pokazaliśmy „cebuli”, bo wszystko co piliśmy i jedliśmy mieściło się w granicach rozsądku, a nie żołądka. Jakie było moje szczęście, kiedy po powrocie waga pokazała tylko 1 kg więcej! Opcja HB jest w zupełności wystarczająca. Po pierwsze, nie trzeba specjalnie wracać na obiad z plaży, a po drugie, unika się przejedzenia. Wystarczy zjeść coś lekkiego w międzyczasie. W sensie – kupić coś taniego :D, Ale no… szkoda by było nie skorzystać, kiedy hotel był tylko 50 metrów od plaży, no nie? No i mamy ALLLLLLLLLLL

Aczkolwiek nigdy nie byliśmy objedzeni, nie czuliśmy się ciężko i do dupy, czego o niektórych powiedzieć nie było można. Trochę pływaliśmy, jeździliśmy na rolkach i chodziliśmy na siłownię. Było super. Ale ludzie wciąż mnie zaskakują…

Na tym stole jest więcej jedzenia niż w szkolnej stołówce. Nie do końca rozumiem, po co ludzie znoszą do stolika tak absurdalnie dużo żarcia! Bo zabraknie!? I żre taka… typowa dama. Złoto na szyi, torebka w ceratę z logiem MK (może podróba)… i wpycha w gardziel!

obrzydliwe1
A potem zostawia… 

obrzydliwe2

… i odchodzi wraz ze swoimi koleżankami, które z wydętymi brzuchami zarzucają na ramię torebkę z pięknym, złotym łańcuszkiem, a następnie w przepięknych szpiluniach dreptają po drinka do baru. Do tej kolacji przygotowywały się kilka godzin. Damy. Przychodzi mi do głowy taki program… „Damy i wieśniaczki”. Chyba zmieniłbym tytuł na „Bogaczki i biedaczki” lub „Wieśniary i wieśniaczki”. 

Obrzydlistwo! I nie złożą talerzy, nie uporządkują tego… mają to po prostu w dupie. W hotelu, który przyjmuje 1200 gości, w którym personel ma pełne ręce roboty, codziennie wymienia ręczniki na świeże, obrusy… te wszystkie talerze, które trzeba umyć, sztućce… Codziennie jest to jedno wielkie pole bitwy, jaka to jest logistyka! Po prostu tak tam zapierdalają, że chyba naturalnym odruchem powinna być pomoc… jakakolwiek, ale nie! NIE! To są nasze wakacje! Nam się należy!

Świnie, ludzie to świnie. Aż przykro mówić, ale dookoła nas… chlew. Po cholerę brać 5 bułek na kolację, skoro wszystkie potem trafią do kosza? Nie 2 kawałki ananasa na deser, 10! Nie można zjeść i pójść po dokładkę, po ciepłe. Bo zabraknie! Jedzenia było tak piekielnie dużo… szok!
Wieczorami przychodziliśmy na kulinarne podróże, potrawy z różnych zakamarków świata, a i tak Kasia przed wyjazdem znalazła negatywne opinie na stronie hotelu…

– Że jedzenie się powtarza! – No pewnie! Typowy Kowalski kładzie na talerz wszystko co się da. Przez to codziennie prezentuje się na nim dokładnie ten sam chlew. Przypomnijmy, w domu wpierdala schabowego na obiad i kanapki na kolację. Codziennie. Nie przeszkadza mu powtarzalność.

– Że głośno!  – No tak! Bo ci którzy tu przyjechali na pewno nie mają wkurzającego sąsiada za ścianą albo w ogóle nie słyszą samochodów za oknem. Nie przeszkadza im hałas. Nic a nic.

– Że brudno! – No jasne! Jeśli ktoś nie ściągnie kartki „nie przeszkadzać”, bo nie zna języka angielskiego? W końcu każdy… ja, Ty i Wy też… codziennie zmieniamy ręczniki, pościel i codziennie odkurzamy całą chatę. Sterylna czystość zapewnia zdrowie i jędrną cerę!

A dobra! Jak zwykle… miałem napisać gdzie byliśmy, jak miło spędzaliśmy czas i wkleić tu filmik, a wyszło mi coś zupełnie innego. Rozpisałem się trochę, ale ok, nic nie szkodzi, nic się nie stało, co się odwlecze to nie uciecze 🙂 Poza tym filmik jeszcze nie jest gotowy 😉

No dobra, a powrót?

Podobna przygoda. Długo siedzieliśmy w samolocie. Pilot prześmiewczo komentował całe zamieszanie i dzięki temu uspokoił trochę nerwowych ludzi. Zaczęło się od dwóch osób, które gdzieś się zapodziały. Podobno ich szukali, ale nie znaleźli. Ze względu bezpieczeństwa i jakichś tam procedur musieli teraz znaleźć ich bagaże i wywalić je z samolotu. Zachodziłem w głowę jak zamierzają to zrobić, jeśli na przykład ci durnie nie opisali swoich pięknych walizek. Walizek, owiniętych niekiedy stretchem, by się przypadkiem nie zniszczyły. Niepojęte. Myślałem, że torba ma być funkcjonalna, ale dla niektórych ma ładnie wyglądać. Na półce w domu rzecz jasna, bo owinięta w folie raczej nie prezentuje się zbyt ładnie.

EDIT: 
Ale ze mnie baran, Kasia po przeczytaniu tego tekstu powiedziała – jak to jak zamierzają znaleźć walizkę? Po kodzie! No tak… w sumie… no racja. Ale wtopa. 

Co prawda w trakcie przemowy pilota ktoś wszedł do samolotu, może to ta dwójka, ale załoga tego nie skomentowała. Pojawił się za to inny problem. Wypchnięcie samolotu. Pierwszy wózek zwyczajnie w świecie się zepsuł, drugi miał niekompatybilny hak, a na trzeci czekaliśmy kolejnych 20 minut. I wówczas wybiła godzina, podczas której na niebie był nieco większy ruch, więc czekaliśmy na pozwolenie… haha… 
Ale dobra, w końcu wystartowaliśmy. Poniżej nas strzelały pioruny. Było super! Współczuliśmy tylko ludziom, którzy zaraz po lądowaniu musieli dodatkowo wsiąść do auta i zadylać nie wiadomo dokąd i nie wiadomo ile…