Badania medycyny pracy. Siedziałem przed drzwiami do jednego ze specjalistów w oczekiwaniu aż wywoła następne nazwisko. Obserwowałem jak w moją stronę z ugiętą w łokciu ręką, przytrzymując niezdarnie opatrunek, idzie pewna kobieta. Gdy tylko otworzyła dziób usłyszałem słowa… „przepraszam, kto jest ostatni?”

Same badania poszły raczej sprawnie. Uznałem, że to chyba nie ma większego znaczenia gdzie najpierw pójdę… czy do laryngologa, czy może do okulisty. Natomiast inni pacjenci trzymali się określonej na kartce trasy, pakując się tym samym do większej kolejki. Opamiętali się, kiedy zobaczyli jak robię to ja 😉

Wyrobiłem się ze wszystkimi badaniami do 11:00. Na wyniki trzeba było czekać do 14:30, raaaany jak dłuuuugo, no ale zamiast siedzieć na miejscu pojechałem na wycieczkę rowerową. Zwiedziłem okoliczne bunkry przy Ławicy i oglądałem pociągi, koleje… i kolejki. 😀
Później poszedłem na obiad i… takie tam. No i tęskniłem! Cały dzień! Bo to był pierwszy dzień wyjazdu Kasi na Fuertę! Boże… jak ja tęskniłem…

Kiedy wróciłem po wyniki, spotkałem tych samych, bardzo głodnych i jeszcze bardziej wkurzonych ludzi, którzy przecież byli zmuszeni siedzieć i czekać. Komentowali coś pod nosem, niezadowoleni. Zupełnie nie potrafię zrozumieć, dlaczego tam siedzieli, skoro ostatni etap badań i odbiór wyników był umawiany na konkretne godziny? Ale tak to już jest, że ludzie uwielbiają stać w kolejkach do niczego lub w kolejkach po nic. W sumie… na jedno wychodzi! 

I potem stoją! W kolejce do samolotu i z samolotu. W oczekiwaniu na otwarcie bramki popijałem kawę, Kasia herbatę. Potem coś zjadłem. Chyba coś słodkiego… Obserwowaliśmy w tym czasie ludzi stojących w 30 metrowej kolejce, których nie wzruszyło opóźnienie ukazane na tablicy odlotów – kłujące w oczy 120 minut! Po prostu tam stali.
Powroty i tak są ciekawsze. Samolot jeszcze dobrze nie wyląduje, a ludzie już chcą wyłazić. I stoją pierwszych 10 minut w przejściu. A potem się przeciskają pomiędzy fotelami zamiast przepuścić tych, którzy są bliżej wyjścia. A jak już wyjdą to i tak czekają na odbiór walizek lub stoją w busie, w oczekiwaniu aż ostatni, opóźniający wszystko baran, czyli ja… do niego wejdzie.

I wciąż stoją! W kolejce do pociągu i z pociągu, czasem pytając czy to na pewno w dobrą stronę ten pociąg jedzie. „Panie! A to na Konin!?” Nie przemawia do nich tabliczka, pod którą stoją. Tabliczka z rozkładem, która jest wszędzie. Muszą się upewnić. Motorniczy na pewno wjechał na zły peron. Ubierać zaczynają się po zobaczeniu pierwszych wyższych budynków, po czym wstają i… stoją. 20 minut później wysiadają w samym centrum. 

I znowu stoją! W kolejce do autobusu i z autobusu. Ten jeszcze nie podjechał, gdzieś z daleka widać coś kolorowego, a już szykują się do walki o wolne miejsce. Wychodząc… wstają dwa przystanki wcześniej, bo jeszcze im kierowca zamknie drzwi. W panice przeciskają się przez tłum pasażerów, którzy z reguły wysiadają na tym samym przystanku. A z niego idą prosto na zakupy, a kiedy stoją za Tobą w kolejce przy kasie, lekko napierają, bo dzięki temu zostaną szybciej obsłużeni. 

Na ostatni etap badań wróciłem na czas. Po kilku minutach zostałem wywołany. Ludzie czekający w kolejce znów poczuli, że ten cholerny, niesprawiedliwy świat zrobił im krzywdę. Czułem ich wzrok na swoich plecach. „Znajomości” – myślą sobie. Dzisiaj tylko tak załatwia się „te” sprawy…