Wszędzie tylko ta Selekcja! Wpadłem we własną pułapkę, cotygodniowe podsumowanie zajmuje za dużo miejsca, więc zdecydowałem się trochę posprzątać i scalić wpisy w jeden pełny miesiąc.  Tak naprawdę myślałem, że wpisy będą się przeplatały, raz treningi, raz coś innego, ale się nie wyrobiłem. Kupiłem za parę groszy grę z konta Steam, więc wiadomo… priorytety. Kasia tylko komentuje…

K: Co ty tam tak klikasz, tam?
Ł: Co? Co? – zapytałem, wyciągając słuchawki z uszu.
K: Co głowę zwieszasz, zrobię ci zdjęcie jak ty wyglądasz! Ta mina, pochłonięty!
Ł: Kurde…
K: Co kurde?
Ł: Zginąłem… 

No dobra, do roboty… 


 

Tydzień 1. 

Że my jeszcze dzisiaj znaleźliśmy siłę na łyżwy… 

Pierwszy tydzień za nami. Nie zdradzę jakie słowa najczęściej padają z moich ust, kiedy próbuję wstać z kanapy, ale pewnie byłoby gorzej, gdyby nie ten jednak troszkę oszukany tydzień. 1 listopada, wyjazd, ale i tak codziennie cisnęliśmy. Zakwasy? Miały rację mówiąc, że poczujemy ból w mięśniach, o których nie wiemy, że istnieją. 

W końcu to wszystko minie. Ból! Bo minie, tak? Mamy dwa dni na regenerację, za tydzień pewnie napiszę dokładnie to samo, heh. Na pewno nie usiedzimy w domu, ale nie będziemy się tak katować! Podpór przodem? Chyba POTWÓR przodem! Powoli też przyzwyczajamy się do tak wczesnego wstawania. Poranny trening daje kopa na parę godzin, podobno to te „endorfiny”. Ja nie wiem, ale faktycznie pojawia się przypływ niezrozumiałej, pozytywnej energii i poczucie spędzenia dnia w wartościowy sposób. Ale coś kosztem czegoś. 

Jest 22:45, jutro weekend, a my… w ten cudowny piątkowy wieczór, po kolacyjce, wykąpani, w piżamkach… od dwóch godzin siedzimy i grzejemy tyłki pod kocem. 

Oczywiście organizm upomina się o odpoczynek, dlatego odpuszczamy sobie bezsensowne gapienie się w telewizor, a nawet jak coś nas zainteresuje to i tak nie mamy siły tego oglądać. Nie spodziewałem się tego, ale pora spać. Oczywiście pewnie będę jeszcze troszkę rzeźbił ten tekst, a Kasia będzie mnie wspierać… 

zjedź niżej…

 


jeszcze niżej…

 

 

jeszcze trochę…, kawałek…

 

Zrzut ekranu 2017-11-03 o 23.33.26

… i z jej pomocą może jeszcze dziś opublikuję ten tekst!

W drodze z Kołobrzegu, uroczego miasta – tak nawiasem, wspierała mnie z miejsca pasażera. Bidulka walczyła dzielnie 3 godziny – „Uki nie pozwól mi zamknąć oczu, ja muszę z tobą!”  – kochana! W końcu ucięła sobie 15 minutową drzemkę po czym wróciła do mnie, nowonarodzona! I znów miałem kompana do rozmów! Teraz nie reaguje na bodźce. Na nic moje szturchnięcia. Hmm, no dobra, chyba pora do niej dołączyć! Buziaki!


Tydzień 2. 

K: Łukasz, chrapałeś w nocy, nie mogłam spać!

Ł: Dziwne, ja nic nie słyszałem… 

Już dwa razy przegapiłbym nasz poranny trening. Nie wiem jak to robię, kiedy mój telefon dzwoni o 5:15, już po pierwszej nutce wyłączam alarm. Mój palec sam pokonuje tę drogę, ja nawet oczu nie otwieram.

Hm, rozważam pójście do programu „Jaka to melodia?”

I co ja bym zrobił bez Kasi? No… zaspałbym!? Przypominam sobie moją pierwszą pracę, zaraz po maturze, kiedy zapragnąłem mieć trochę własnych pieniędzy. Wstawałem wówczas o 4 rano, by zdążyć do pracy na godzinę 6. I jak ja to robiłem? Dojazd zajmował mi prawie półtorej godziny, bo jechałem aż trzema środkami transportu. Za miesiąc harówy dostałem 1500 złotych, super. A wszystko co musiałem robić to stać przy maszynie i ciąć w odpowiednim czasie okleinę, która zaginała się przy wyjściu profili okiennych, a następnie zrzucać je na paletę. 

Co kilka sekund maszyna wypluwała profil, żeby się czegoś napić trzeba było to rozbić w czasie. Najpierw odkręcić zakrętkę, a po kolejnym zrzucie wziąć łyk wody. Przy samej maszynie było ze 40 stopni, dookoła kurz i syf. Być może każdy powinien przeżyć coś takiego, i to będąc już w pierwszej klasie liceum. Szybko nauczyłby się pokory i szanowania pieniędzy, a jeszcze szybciej zabrały się do nauki! 😉 

A jak przypomnę sobie tych, którzy pracowali w tej firmie już kilka lat… zdegenerowani frustraci, awanturnicy, nienawidzący świata, biedni ludzie. Bez żadnych innych perspektyw, alternatywy, wykształcenia i możliwości rozwoju… codziennie powtarzając sobie w duchu jak bardzo nie cierpią swojej pracy, wywlekali się z łóżka i do niej przychodzili. Paradoks. Sensem tej pracy było odliczanie czasu do przerwy, a uwierzcie mi, sekundy zmieniały swoje położenie w zwolnionym tempie. 

Ale inaczej wstaje się na Selekcję. Pomimo porannego zmęczenia tam się po prostu chce iść i to się chce zrobić, nasze trenerki bardzo szybko potrafią nas obudzić. Dobrze jest rozpocząć dzień na wysokich obrotach. Jakoś tak lepiej na duszy, jak podczas przyspieszania autem, kiedy to silnik staje się bardziej żwawy, dynamiczny, dziarski! Fajnie uczucie, nie? No dobra, może akurat moje z silnikiem 1.0 nie daje takiego kopa, ale… ma inne zalety! Jest… małe i… zgrabne, i… wiele by tu pisać, ale… no! 

Oczywiście wiadomo, że samochód spala przy tym więcej benzyny, a co za tym idzie, pokona krótszy dystans. I to by nawet trochę tłumaczyło, dlaczego kładziemy się wcześniej spać. Jesteśmy jak silnik na wysokich obrotach, spalamy więcej energii. Pokonujemy krótszy dystans, ale mamy z tego więcej frajdy! Nauczyliśmy się rezygnować z małych pokus na rzecz większej sprawy! Ja na przykład nie zjadłem w tym tygodniu tabliczki czekolady na raz, a obwód w pasie zmniejszył się aż o… pół centymetra! Pół centy… eeehh… 😦 

Ale teraz już z górki. Przeżyliśmy ten tydzień i chociaż kolejne dni też stanowią spore wyzwanie, damy radę. Czasem jest naprawdę ciężko, pojawiają się nam nawet czarne plamki przed oczami, ale ciśniemy dalej i mam nadzieję, że z powodzeniem zaliczymy całą Selekcję, a być może zapiszemy się na jej kolejny rozdział… 

Kasia już chce, ja… ja nie mam nic do gadania też! 


Tydzień 3. 

Kiedy stoisz obok osoby, która za chwilę wykona swój pierwszy skok spadochronowy, możesz klepnąć ją w ramię. I nagle ta osoba zrobi coś, o co siebie wcześniej nie podejrzewała. Ale po miękkim lub… twardym lądowaniu i tak powie, że została wypchnięta. 

Ten tydzień był wyjątkowo nużący. Chyba za późno chodziliśmy spać lub może po prostu się przetrenowaliśmy. Każdy trening daje mocno w kość, ale ten czwartkowy był czystym złem. Podobno co cię nie zabije to cię wzmocni. Nie, nie… co cię nie zabije… to cię sponiewiera. 

Kiedyś zrobiliśmy 9-cio dniowy „maraton” na łyżwach, jeździliśmy nawet po dwie tercje. Tego ostatniego dnia już bardziej rekreacyjnie jeździć się nie dało… Nie chciało nam się „przyklejać”, jeździć jeden za drugim, czy jak to Kasia mówi – „być cieniem”, po prostu żółwim tempem przesuwaliśmy się po tafli lodu. Nie mogłem się utrzymać w ciasnym zakręcie. Wystarczyły dwa dni przerwy, a wróciliśmy do gry. 

Dlatego tak bardzo cieszę się z wolnego weekendu. Odpoczynek i regeneracja jest wskazana. Program jest trudny, ale wiem, że dam radę dzięki Kasi, a ona dzięki mnie. I chociaż w tym tygodniu wstawało się wyjątkowo ciężko, nie możemy odpuścić ani jednego treningu, bo wystarczy wysunąć jeden klocek u podstawy, żeby cała wieża się zachwiała lub… runęła! Wystarczy raz odpuścić, a potem pojawi się drugi raz, za chwilę trzeci… za czwartym już nawet nie zrobi nam się głupio. 

Dlatego – nie opuścić ani jednego treningu – to nasz cel. Kiedy ktoś drze japę nad Twoją głową „ciśnij!”, to ciśniesz. W takich momentach uaktywnia się dodatkowa moc, nitro! Czasem zadziwisz sam siebie, że możesz więcej. Wystarczy klepnięcie w ramię. W domu nigdy nie zrobiłbyś takiego treningu, bo kiedy już nie możesz, nikt nie powie ci, że się mylisz. A przecież nic by nie zrobili, kiedy położyłbyś się plackiem na podłodze. No, może poza groźbą karnych pompek 🙃. 

Zasada stara jak świat, która zawsze działa. Bo karne pompki smakują inaczej, wtedy nawet 10 wykonuje się gorzej niż 20 zwykłych. W formie zaplanowanego treningu… zupełnie nieodczuwalne, ale karne, dodatkowe? Mózg ciężko reaguje na ponadprogramowe zajęcia. Dodatkowe zadanie na egzaminie, nadgodziny w pracy, napiwek dla kelnera. Daleko nie szukać, Kasia też mi codziennie daje jakieś dodatkowe zadanie. „Nie przeszkadza ci ta bluza, którą tu położyłeś?”. Hmm… w sumie nie 😁 Albo…

K: dobra, ja zrobię to czego ty nigdy w życiu nie zrobiłeś, a ty wstawisz rzeczy do zmywarki.

Ł: że nigdy w życiu nie prałem!?

K: prałeś, ale nigdy w życiu… nie zrobiłeś tego dobrze. 

🤔🤔🤔🤔🤔🤔🤔🤔

Ale żeby nie było, pomagam w domu, podnoszę nogi jak Kasia odkurza, chamem nie jestem! 


Tydzień 4. 

Kolejny tydzień za nami. 20 treningów, nigdy tylu nie zrobiliśmy w miesiącu. Chodakowska mówi, że już po 10 widać efekty. No… być może niektórzy potrzebują nieco więcej czasu… 🤔. 

Początkowo sceptycznie podchodziliśmy do piątkowych testów sprawnościowych. Pomyśleliśmy, że warto odpuścić sobie czwartkowy „pluton egzekucyjny”, zdecydowanie najtrudniejszy trening w tygodniu, by następnego dnia pobić chociaż swój wynik sprzed miesiąca. Tak się oczywiście nie stało, nie opuściliśmy żadnego treningu, ta frekwencja mnie zdumiewa! 

Tym większe było nasze zdziwienie, kiedy porównaliśmy wyniki sprzed miesiąca do obecnych. Praktycznie każde jedno ćwiczenie zostało poprawione, pomimo zmęczenia, które towarzyszyło nam od początku tygodnia. Oprócz walki na 100%, staraliśmy się też wykonywać ćwiczenia poprawnie technicznie. Nie raz usłyszałem od Kasi słowa – „dupa niżej!” 

U mnie zdecydowanie lepiej z wydolnością. W zeszłym „odcinku” nie byłem w stanie dojść do siebie po minucie przerwy między danymi ćwiczeniami. Serducho waliło jak głupie, przed oczami widziałem lekko zamazany obraz, nawet napić się nie mogłem, bo najpierw musiałem uspokoić oddech. Mały progres jest, szkoda tylko, że nie widać za dużej różnicy w centymetrach i kilogramach, ale zobaczymy co nam powie jutrzejsze ważenie. Może chociaż mój wiek metaboliczny z 43 spadnie do 42… 😁