Przeczytaj, zanim założysz własną firmę ;)

Opowiem Wam dzisiaj „jak zarobiłem swój pierwszy milion”. O, serio? To go pokaż. Domeną dzisiejszych startupowców jest reklama. Ale reklama nie byle jaka, super dopracowana strona www i logo! I ledy w biurze, które są po prostu nie-zbę-dne. Ledy! O ile startupowcy posiadają w ogóle jakieś biuro. 

Bo czasem wystarczy tylko góra od garniaka i dobra gadka. Przyszli startupowcy jeżdżą na szkolenia, podczas których słuchają z uwagą tych, którzy – podobno – już osiągnęli niebywały sukces! Ich celem (tych mówiących w sensie) jest pokazać Tobie, szaraku, jaki jesteś beznadziejny, skoro nie potrafisz rozwinąć swojej firmy. Ooook, dooobra, może przesadzam🤭. Ich zadaniem jest pokazać Tobie… jak w prosty sposób możesz rozwinąć swój potencjał! A to wszystko już w trzech krokach! Albo nawet w dwóch! A najlepiej jak kupisz bilet wstępu, żeby się tego nauczyć! W promocji, która jest tylko dziś! 

Kiedy mówca schodzi ze sceny, nie przypomina sobie jeszcze o kredycie w banku i debecie na koncie. Dumnie zbiera oklaski, pozwala poklepać się wszystkim po plecach, a w końcu pochyla się nad Tobą, by szybko dodać niezbędną, życiową wskazówkę, ot tak, rzucić jakąś „mądrością”, która w niedalekiej przyszłości określi Twoje położenie w tym ogromnym, pełnym możliwości świecie. Bez tych słów nie dałbyś rady! To najczęściej jakiś cytat, bo przecież o jego inteligencji świadczy fakt, że zna dużo powiedzonek, przygłupich tez, o których pewnie nie miałby pojęcia, gdyby nie demotywatory lub inne serwisy, które ogląda w wolnej chwili. Tzn… pomiędzy spotkaniami z klientem. No przecież! 

Cytować, jeśli w ogóle, należy mądrze, a nie tak, by wykorzystać czyjeś słowa tylko po to, by poczuć się mądrym. Chcesz być jak to głupie ksero, wciskasz guzik i masz? Bo wtedy tylko byś kopiował, polegał na wiedzy mądrzejszych – bez własnych przemyśleń.  

Poszedłem kiedyś na warsztaty do jednej z takich… pralni umysłów – jako wolny słuchacz. Wykłady dotyczyły ubezpieczeń. Portfele finansowe, obligacje, akcje, akcje akcji i… jakieś tam inne cuda. Nie będę udawał, że się na tym znam, wtedy… tak mi się wydawało. Chciałem nauczyć się grać na giełdzie i takie tam – po obejrzeniu „Wilka z Wall Street – chłopięce mrzonki. Kiedy wreszcie zrozumiałem, że mnie to nie kręci chciałem nauczyć się chociaż bezpiecznie oszczędzać. W skarpetach mam dziury, więc odkładanie gotówki nie wchodziło w grę. Kiedy wreszcie miałem stałe przychody, założyłem obligacje 10 letnie, co oznacza w skrócie, że moja kasa przez ten czas jest zamrożona i nie mogę jej wypłacić. Genialne!

Ta historia nie skończyła się dla mnie zbyt dobrze, a jej początek miał miejsce właśnie podczas tych wykładów, na które wszedłem dosłownie z ulicy. Nawrzucali mi do głowy głupot o skrzatach🧚‍♀️ i jednorożcach🦄, a ja łyknąłem to jak młody rekin🦈. I jeszcze podziękowałem! I chociaż z perspektywy czasu uważam to za głupotę, wtedy mi to imponowało. Oni mi imponowali, młodzi ludzie w garniturach. Jacy oni ogarnięci! Mieli taką specjalną tablicę, na której umieścili 10-ciu najlepszych pracowników. „Kiedyś i wasze nazwisko może być na tej liście!” – mówili. Ciekawe czy faktycznie mieli tylu pracowników. W każdym razie zakładając obligacje uwierzyłem, że po tych 10 latach będę mieć całkiem spory wkład na swoje własne „M”. No… no niestety 😂. 

Kiedy teraz dzwonią do mnie proponując jakiś produkt czy portfel finansowy, po prostu dziękuję za propozycję, czasem pytam ile tygodni pracują w tym fachu, a następnie komu z rodziny już zdążyli wcisnąć ten shit💩 i dlaczego zaczęli od swoich rodziców. 

Kiedy przypomnę sobie jak podczas tych… „wykładów” prowadzący rzucał na stół kluczyki z logo Mercedesa… kiedy „przypadkowo” wchodził ktoś w połowie wykładu, wpatrzony w iPada📱, skupiony na czymś „ważnym”, kiedy wykładowca przerywał, by ten co wszedł mógł odegrać swoją rolę… by mógł powiedzieć… „przepraszam panie Mateuszu (tam każdy mówił sobie na pan), pomyliłem salę, mam spotkanie z klientem”, to… aż mnie zatyka! Jak często nabieramy się na pozory? W identyczną grę codziennie grają ludzie, którzy nazywają sami siebie biznesmenami, ba, prezesami, nawet jeśli w weekendy muszą dorabiać, żeby wystarczyło im na czynsz za wynajmowany pokój. W identyczną grę grają… wszyscy. Tylko nie politycy, oni zawsze mówią prawdę. 🤞

Na szczęście jestem już duży i zdałem sobie sprawę, że ludzie często podają się za kogoś… kim nie są. Bardzo dbają o swój wizerunek, żeby Tobie się wydawało, że są tacy niesamowici. Otaczają się wartościowymi przedmiotami (a co tam, że w kredycie), żyją ponad stan i tworzą wokół siebie świat iluzji, w który po prostu się wierzy, bo oni sami w niego wierzą. Miedzy innymi dlatego z taką łatwością potrafią okłamywać innych. Czego to w życiu nie zrobili, gdzie nie byli, ilu kierunków nie studiowali – co często bardziej świadczy o ich głupocie, a nie o szukaniu celu w życiu. Jeśli dołożyć by do tego sytuację, w której po pierwszym roku masz już dwa warunki na koncie… no… no nie może się to skończyć dobrze.

Gdybym miał szukać wyjaśnienia…

Hm, na co dzień zderzamy się z generacją ludzi, wyrastających „na komputerach”💻, która bez technologii nie potrafi już żyć. Generacją ludzi, która ukrywa się gdzieś w czeluściach Internetu i uzewnętrznia swój styl życia chociażby poprzez publikowanie tysięcy słitaśnych fotek📸, pisaniu blogów – to o mnie, by się dowartościować. Lubimy pokazywać swoje idealne życie, nawet jeśli to wszystko jest fikcją. Przypomnij sobie ile razy pomyślałeś – o, ten to non stop podróżuje! Albo – a ta w ciąży! O jaaaa! A ta już urodziła! – i setka fotek niemowlaka. Przywykliśmy do tego, co kiedyś wydawałoby się dziwne. Opuszczamy gardę, często przyjmując za fakt coś zmyślonego, „prawdę”, którą karmią nas inni. Nauczyliśmy się mówić półprawdy, nie przyznajemy się do tego co niewygodne. Być może nie potrafimy już odróżnić świata fikcji od tego prawdziwego. Podobno kiedyś najbardziej bujną wyobraźnię mieli ci, którzy czytali dużo książek📚. Nie było komputerów, więc wcielali się w postać ze świata książki, przejmowali zachowanie bohaterów, bo… bo kurczę, lubimy to robić. Po 22:00 przebrać się w damskie ciuszki, na przykład… 

Ostatnio razem z Kasią byliśmy na imprezie, na „domówce”. Naszą uwagę przykuły różne elementy, takie jak np. książki tematyczne, nieco niechlujnie rozrzucone po stole. Wyglądały… jakby leżały tam od dłuższego czasu. W zasadzie to tak miały wyglądać, miały sprawiać takie wrażenie. A był to po prostu element dekoracji do imprezy, jak zresztą i inne rzeczy – celowo rozstawione. To tak jak ja zaprosiłbym do siebie kilka osób i wyciągnął na stół wszystkie moje komputery i gadżety. Żeby pokazać co mnie kręci, żeby ludzie zadawali pytania. I może nie ma co się dopatrywać w tym ich złych intencji, po prostu lubią taki styl, lubią się pokazać, ale no… my wyczuwamy takie rzeczy. Dostrzegamy to, czego niektórzy nie widzą. Nie można nas kupić tandetą, aczkolwiek w łatwy sposób można nas zdobyć. Wystarczy być normalnym i szczerym, a nie… obłudnym? 😎. Ale czy to takie złe? Nie dla wszystkich. Ale wróćmy do tematu… 

Obserwowałem życie moich znajomych „biznesmenów”, którzy albo byli zmuszeni oddawać pracownikom swoje udziały, bo byli kompletnie niewypłacalni, więc kusili ich zyskiem ze sprzedaży albo zamiast wypłaty proponowali kurs, w którym się wyspecjalizowali. Dla nich jako prowadzących nie generował on praktycznie żadnych kosztów. Jak w kinie, film i tak zostanie wyemitowany, czy przyjdzie 10 osób czy… 100. Obserwowałem jak ich firma generuje straty, by w końcu… kiedyś kumple, pokłócili się o kasę i rozeszli. A jeszcze niedawno chcieli wynająć biuro w dobrej lokalizacji w Poznaniu. Cena nie miała znaczenia. Wiele rzeczy w sumie chcieli – zrobić i mieć. Zamiast tego wciąż siedzieli w piwnicy, Steve Jobs też zaczynał w garażu. I to wcale nie było najgorsze. Najgorsze było kozaczenie i tworzenie wizerunku milionera, kiedy nie mieli ani grosza. Po co? By pozyskać klientów? Serio? A jak klienci się dowiedzą? Przecież oni mieli nawet napoje, a na puszkach własne logo! Wooow… 

W tej samej piwnicy, o której mowa wyżej… najważniejsze były ledy na (co tam, że obdrapanej) ścianie, bo ledy… no wiecie, dodają tego smaczku. Wtedy zwykłe biuro zamienia się w biuro ekskluzywne.  Nawet jeśli trzeba do niego zejść tych kilka schodów z parkingu, a spotkanie z klientem ustawić w Starbucks’ie. I nawet nie trzeba się tłumaczyć remontem biura, bo teraz „tak jest modnie”. A modne jest to, czego jest dużo. Popularne stało się… nie mieć biura. Firmy, które w Internecie słyną z tekstów w stylu – „zapewniamy”, „zrobimy”, „zaprojektujemy”, „zbudujemy” to często firmy jednoosobowe, które po prostu trzymają laptopa na kolanach. Taka… jest… prawda. 

Sturtupowcy są trochę jak hazardziści przy partyjce pokera. „Następnym razem się odkuję!”. Usłyszałem kiedyś jedno zdanie od kolegi, który po miesiącu od założenia swojej firmy oczami wyobraźni już sprzedawał ją RedBull’owi, bo „wykresy” takie będą. Powiedział do mnie wówczas: „Łukasz, gdzie ty siebie widzisz za 20 lat?”. Kompletnie mnie zatkało… 🤨 – serio, powtórzyłeś słowa tych, którzy namawiali Cię na bycie takim niezależnym? Czy Wy na tych wszystkich spotkaniach kółka różańcowego trzymaliście się za ręce? Mogłeś wstrzymać się z tym komentarzem, chociaż do momentu w którym wyszedłbyś na zero.  

Ale skąd sturtupowcy mają wiedzieć czy są na zero, jeśli nie liczą ile pieniędzy włożyli w swój biznes? Albo po prostu nie chcą liczyć, bo dla nich każda zarobiona złotówka jest już przychodem, a nie odrabianiem strat. A jeśli firmie nie idzie najlepiej, przechodzą przez tzw. 5 faz, od zaprzeczenia, aż do akceptacji. Leci to tak: 

  • Zaprzeczenie
  • Gniew
  • Negocjacje
  • Depresja
  • Akceptacja 

Taki model wymyślili mądrzy filozofowie, kiedy traci się ukochaną osobę. Mniej więcej i w dużym skrócie wygląda to tak: 

Zaprzeczenie: Co? To niemożliwe! To się nie dzieje naprawdę!
Gniew: To wina tego kierowcy, który zjechał na lewy pas!
Negocjacje: A może jednak dacie mu dożywocie, a nie tylko 10 lat?
Depresja: Już nigdy go nie zobaczę… chlip, chlip…
Akceptacja: Na pewno jest mu fajnie… tam w niebie! Dobra, idę na imprezę.

Ale można to przełożyć na każdą dziedzinę życia, może na przykład zrobię tak zzz… hmm, no z kim? Może z biznesmenami i samozwańczymi prezesami? Spieszmy się kochać startupowców, tak szybko odchodzą… 

Zaprzeczenie: Co? Jakie do cholery straty? Księgowa się nie pomyliła? Niemożliwe!
Gniew: To przez te wasze głupie pomysły, te kampanie reklamowe się nie sprawdzają! Od samego początku byłem przeciwny, nikt mnie nie słuchał!
Negocjacje: A może kogoś zwolnimy? Po co płacić komuś kto nic nie robi?
Depresja: Ja pierdolę, już po nas, komornik wczoraj pukał do drzwi. Krycha! Zgaś światło, bo widać z ulicy!
Akceptacja: Chyba czas zacząć szukać nowej roboty, może zacznę sprzedawać dywany? 

Kiedyś zadzwonił do mnie inny kolega. Z pracy. Rzucił ją na dla własnego biznesu. Czasem mijaliśmy się na korytarzu, przy drukarkach sieciowych lub ekspresie do kawy. Zawsze chodził w granatowym lub niebieskim garniturze, chociaż garnitur nie był wymagany w jego dziale. Czasem dzwonił kiedy potrzebował pomocy z komputerem. Tego jednego dnia… zadzwonił. Po przywitaniu się i pytaniu „co słychać” (nie oczekiwał odpowiedzi… i tak miał to w dupie) ciągnął dalej… „Ty zawsze byłeś pomocny, więc może i teraz pomożesz, chyba że tylko w pracy taki byłeś.” Od razu wiedziałem o co chodzi. Po prostu wiedziałem. Nie chciał powiedzieć nic więcej przez telefon. Koniecznie chciał się spotkać. Łatwiej coś wcisnąć komuś patrząc w oczy, co nie? 

Z kupą jest tak, że śmierdzi, a mnie zaleciało już przez słuchawkę. Po spotkaniu nie mogłem już z siebie zmyć tego smrodu. Ale po spotkaniu w stylu prawdziwego biznesmena! Specjalnie zapytałem go o adres biura, powiedziałem, że przyjadę i z radością pogadam. Nie chciał. Uważał, że takie spotkania nie mają sensu, że najlepszym rozwiązaniem jest spotkać się na neutralnym gruncie i porozmawiać nie o pracy, ale o przyjemnościach. Że coooo!? Stosował rozmaite techniki manipulacji, by odwieść mnie od pomysłu zajrzenia do jego domku z kart. W końcu zadzwonił i zapytał gdzie mieszkam, bo w sumie stanęło na niczym. Akurat przejeżdżał obok! Już Kasi powiedziałem, że za chwilę przyjedzie ten „koleś”, ale czekaliśmy jeszcze chyba z pół godziny. Być może był na drugim końcu miasta, ale mnie powiedział, że miał ważny telefon i musiał coś obgadać. Masakra. To on. Polajkował każdy komentarz i podziękował w każdej odpowiedzi! Cytaty… cytaty… CYTATY!!! 

Przechwytywanie.PNG

Dziwne, wystarczy stanąć koło jakiegoś samochodu bez tablic i napisać „wyznacz sobie cel”💰, a tyle wystarczy, by wprowadzić ludzi w błąd. Półprawdy… jak na człowieka, który lubi się chwalić wyjściem na basen, jedno zdjęcie Merca to chyba za mało. 

No więc spotkaliśmy się. Nie chciał wpaść na kawę… jak normalny człowiek, powiedział, że się spieszy i jak mogę – żebym zszedł na dół. Gadaliśmy z 15 minut na parkingu Biedronki, dał mi jakąś książeczkę, bym zapoznał się z jej zawartością. A jaaaaka to była zawartość! 💾 Same mądrości! Możesz się domyślać. Cała książka wyglądała jak jego wpis na fejsie, wyglądem przypominała gazetkę, którą jehowi zostawiają pod drzwiami, jeśli im nie otworzysz. Po dwóch dniach zadzwonił ponownie. Prosił… bym oddał mu tę książeczkę 😂😂😂. 

Czy naprawdę każdy, jeśli już jest człowiekiem sukcesu lub można o nim tak powiedzieć, ale tak na serio, to czy zawdzięcza wszystko tylko sobie i TYLKO swojej pracy? Czy po wzbogaceniu się docenia i pamięta jeszcze osoby, które przy nim były, trwały i mu pomagały? Jaki aktor szczerze powie, że wygrał casting, bo akurat jego facjata pasowała do tej roli, a dalej no… jakoś poszło? Nie no, zamiast tego usłyszysz – „Eeee… od zawsze pasjonowałem się aktorstwem, mama czytała mi na dobranoc Hamleta i dzieliliśmy się na rolę!”. No jasne, że tak! Oczywiście! 

Ale mimo wszystko… mimo wszystko… 

Moim zdaniem warto iść za głosem serca, robić fajne rzeczy, mieć pomysł na biznes i go realizować. Warto! Gdybym i ja miał taki pomysł, pewnie nie pracowałbym, jak to mówią – dla kogoś. Nie wiem jednak, czy się do tego nadaję, poza tym bardzo lubię swoją pracę i to mi wystarcza. Czy to oznacza, że brak mi ambicji? Hmm… 

Nie każdy zdaje sobie jednak sprawę z tego, że wielu ludzi ma zaburzoną wizję tego jak wygląda prowadzenie własnej firmy. Niektórzy myślą, że kiedy otwierają z kumplami firmę… wszystko będzie takie kolorowe. Zero szefów, zero trybu korpo, zero upraszania się o podwyżkę, koniec z wstawaniem rano! No to zamiast tego musisz mieć dużo mobilizacji, by wstawać nie rano, a w nocy, pracować nie 8, a 24 godziny, nie upraszać się o podwyżkę, ale odmawiać jej pracownikom. A Ty wciąż myślisz, że będziesz sobie klikał w necie, oglądał filmiki na YouTube’ie, a kasa sama będzie wpadać do kieszeni? No… jeśli tak… to startup jest tym, czego potrzebujesz! 😂 

Tylko zrozum…

Każda duża firma i korporacja kiedyś była… startupem. Lub małą firemką, najcześciej zadłużoną, w totalnej dupie, bo czasem trzeba było postawić wszystko na jedną kartę i tylko poprzez ciężką pracę osób zaangażowanych w jej rozwój… urosła i dzięki niej m.in. wiele osób znalazło zatrudnienie. 

Rozumiem nawet, że ludziom może odwalić, kiedy dużo zarabiają. Te wszystkie gwiazdeczki, które kilka lat temu kupowały ciuszki z sieciówki dziś takimi gardzą, kupują buty za Twoją wypłatę lub wypożyczają ciuchy, bo mają takie układy z projektantami, ale co się sturtupowców tyczy… niekiedy odwala im już na myśl o tym, że będą mieć kasę. Jeszcze nic nie mają, zero, a nawet minus, a już czują się bogami. I właśnie TO… mnie boli. 

Ale oni i tak powiedzą, że to wszystko napisał tylko sfrustrowany informatyk na jakimś tam… etacie. Oni, mistrzowie biznesu… 

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.


 

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s