Najpierw mówisz dzień dobry, przepraszam najczęściej wtedy, gdy przeciskasz się w stronę drzwi, do widzenia rzucasz na odchodne. Nie wszyscy Ci odpowiedzą, niektórzy coś mrukną niezrozumiale, jakby odpowiedź sprawiała im jakąś ogromną trudność. Tak jakby po przespanej nocy, przy opuszczonych do połowy okna roletach, nie byli gotowi wstać z łóżka, tak jakby na ślepo szukali palcem kolejnej „drzemki” w telefonie… 

W ostatnim czasie troszkę podróżowałem, o ile podróżami można nazwać wyjazdy służbowe! Wraz z nowymi zadaniami w mojej pracy, pojawiła się możliwość wyjazdów w delegacje, na szkolenia, itd. Czasem jadę przeciążonym do granic możliwości samochodem, innym razem kompletnie zatłoczonym pociągiem. No i właśnie ten inny raz skusił mnie, by zapisać to wspomnienie na tej stronie, a w przyszłości w książce dla podróżujących pociągami. Z autografem! 

Wchodzę do przedziału w którym siedzą już 4 osoby. Wszystkich łączy jedna wspólna cecha. Słuchawki na… lub w uszach. Oglądają filmy, słuchają muzyki. Zastanawiam się, czy kiedyś też tak było. Dokładniej, czy ludzie od zawsze tacy byli. Np., że zamiast gapić się w telefon kiedyś czytali gazety i czy tak samo jak dzisiaj, tak kiedyś też mieli problem, by przesunąć się o jeden centymetr, bym nie musiał zahaczyć o czyjąś nogę. 

Nie jestem pewien czy mnie usłyszeli, być może dochodziły do nich jakieś dźwięki, więc domyślili się, co mówię. Ruch moich warg wydawał się być jasnym przekazem, ale coś ciekawszego ode mnie działo się w tym momencie na ekranach ich smartfonów. Nawet na mnie nie spojrzeli, nie przemęczając się, bo po co, nie podnieśli wzroku. No, może dosłownie na sekundę. Pomyślałem, czy zrobiłoby to jakąś wielką różnicę, gdybym powiedział na wejściu – „joł skurwysyny!”. Po kilku minutach gapienia się na każdego z nich wyciągnąłem telefon i włączyłem kolejny odcinek „Punisher’a” na Netflix’ie – i tym razem Frank Castle mnie nie zawiódł, druga seria odmóżdża jeszcze bardziej od pierwszej, ale właśnie o to przecież chodzi. Po chwili cały, 8-osobowy przedział, zapełnił się. Nawet nie wiem kiedy, byłem zajęty oglądaniem filmu, nie zauważyłem ich, no… 

Po godzinie jazdy wszedł ktoś dziwny, ktoś na tyle dziwny, że odwrócił moją uwagę od krwawej jatki wylewającej się z mojego telefonu. Oprócz ciężkiego oddychania, nie robił nic. W sensie nic takiego. Sobie… siedział. I tak siedział sobie z tymi skrzyżowanymi rękoma i sobie patrzył przed siebie. Czasem podrapał się po czole i okolicach szczęki. Przez większość czasu swojej krótkiej podróży próbował wygrzebać coś językiem z górnej partii zębów, często uciekając nim w stronę prawej ósemki. Jeśli takowa w ogóle istniała. Po niespełna 10 minutach tej ciężkiej walki, na jego twarzy zagościł uśmieszek triumfu, bardziej grymas taki, pewnego rodzaju radość, ha, zwycięstwo nad wygrzebanym kawałkiem mięsa. Poczuwszy ulgę, przełknął przemielony kawałek kolacji. Tym razem złożył dłonie w pozycji grobowej, masując kciukiem o kciuk, i intensywnie o czymś myślał. A kiedy już wymyślił, intensywnie rozglądał się po przedziale. Jakby szukał jakiejś odpowiedzi. Naprawdę mnie zaintrygował, o czym on tak myślał… ten myśliciel jeden…

Zamknął na chwilę oczy, wziął głęboki oddech… świst wydychanego powietrza z jego nozdrzy rozbiegł się po przedziale, po czym wstał i powiedział do widzenia. Dało się usłyszeć jakiś pomruk odpowiedzi, uznałem, że to wystarczy i nie wychylałem się z uprzejmościami, i… i to by było na tyle. To nic, że pociąg kulał się do najbliższej stacji jeszcze kolejnych 15 minut. Jemu się spieszyło. Musi stać przy wyjściu i pilnować. Jeszcze by odjechał, jeszcze by nie zdążył wysiąść. 

I wreszcie wszedł on. Koleś z zespołem Tourette’a. Ukrainiec, wiem, bo widziałem książkę, którą czytał. Usiadł zaraz obok mnie, bo czemu nie inaczej, ja to zawsze mam szczęście, a jego zapach w gorącym przedziale dodatkowo nabrał na sile. Nic więc dziwnego, że ten odcinek trasy pokonałem na stojąco, na korytarzu. Koleś wykonywał dziwne ruchy szczęką, cały się trząsł kiedy miał te swoje… ataki, czasami zawył, chociaż przypominało to raczej beknięcie lub… pierdnięcie. Niemniej jednak kontrolował się, walczył, jak gdyby chory gruźlik zduszał w sobie kaszel. Wyobraziłem sobie jak rzuca tę swoją książkę w któregoś z pasażerów. 

Stałem tak sobie na tym korytarzu i zacząłem się śmiać w duchu. Czasem zdarza mi się coś sobie wyobrazić, a potem Kasia pyta się o co chodzi. Wszyscy ci ludzie i ja, który miałem ochotę wejść do przedziału i powiedzieć na głos… 

„Dzień dobry państwu! Na pewno zastanawiacie się… dlaczego Was tu wszystkich sprowadziłem…”

Może gdybym był młodszy tak o rok, to tak, może i bym to zrobił, a tak, stałem z głupim uśmiechem na mojej 30 letniej twarzy i wyobrażałem sobie tylko reakcje ludzi. Przez głowę przeszły mnie setki wizji ich reakcji, od zdziwionej miny po pierdnięcie gościa z Tourette’em, ale po wszystkim zrozumiałem, że wszystkie skończyłyby się tak samo. Po prostu wszyscy pomyśleliby, że jestem idiotą.