W setkach maili, których po prostu nie mam czasu czytać ani ja, ani mój manager, widnieje w temacie jedno, wciąż powtarzające się pytanie. „Gdzie jesteś?” Oczywiście na pewno nie chodzi o przedłużenie zamówionej przeze mnie 10 lat temu prenumeraty z odżywką przeciw powstającym zakolom w gratisie, tylko pewnie są to maile od fanów, czekających na mój kolejny wpis… 

Zrzut ekranu 2019-07-13 o 15.19.35

Ostatnio 3 godziny pisałem tekst, który po opublikowaniu okazał się być pustym, więc po takiej akcji jedyne na co miałem ochotę to rzucić to wszystko w cholerę. Ale byłem zły, ja nie mogę… 

Uznałem, że mam dość pisania, nic się przecież nie stanie, jeśli nie wrzucę tu niczego przez kolejne 2 miesiące, ale jednak ugiąłem się. Fani wyrazili się jasno. „Nie zgadzamy się”. Podobno wychodzili protestować na ulicę. Nie uwierzyłbym, gdyby nie to zdjęcie:

fan

Niech sobie protestują, tylko nie rozumiem po co łączyć ze sobą te dwie sprawy? Co ma piernik do wiatraka!? 

Kiedyś (podobno) Kasia, moja Kasia wyobraźcie sobie, miałaby spowodować liczne obrażenia ciała jednemu z paparazzich, którzy robili nam zdjęcia. W raporcie medycznym opisywali to jako „liczne złamania”. Gazety wtedy opisały to zupełnie przeinaczając pewne fakty. No i trochę podkręcając prawdę. Wystająca kość udowa? Raptem na kilka centymetrów, bez przesady. Pamiętacie te nagłówki? „Sławna malarka pokazała drugie oblicze”. Przez tydzień nie wychodziliśmy z domu. Stąd właśnie te kaski na głowach. Przezorny zawsze ubezpieczeny. 

Większość świadków zmieniła zeznania zaraz po tym, jak ogłosiłem, że wciąż będę pisał teksty na blogu. Wyraźnie widzieli jak pan, który robił zdjęcia wtargnął na jezdnię wprost pod pędzący autobus. Biedak. Niestety aparat też uległ zniszczeniu i nie mamy żadnej pamiątki. Zdjęć nie udało się odzyskać. 

Ciężko bez jakiejkolwiek zaczepki wyjść nawet do Biedronki. Ostatnio miałem taką jedną sytuację. Stoi kobieta i się na mnie patrzy. I ja widzę, że ona się patrzy, to oczywiste, że mnie rozpoznała. Już miałem odpuścić, uciec, ale gdzieś tam z tyłu głowy tak naprawdę to dobrze mi z tą sławą, więc delikatnie nawiązuję kontakt. Zawsze jak jestem z Kasią to mówię „odejdźcie, dajcie nam spokój”, ale jak sam to nie. Zawsze mam przy sobie długopis i chętnie dam ten autograf. Wystarczy czasem jakiś drobny gest z mojej strony, uśmiech, skinienie głową. No to ja ją zachęcam w podobny sposób, a ona jakaś głupia. W końcu mówię, no podejdź kobieto, a ta unosi brwi po czym odwraca się na pięcie i odchodzi. Nie zdawałem sobie sprawy, że aż tak na nią podziałam. Nie trzeba się tak płoszyć od razu… 

No i przyszedł czas, w którym pojechaliśmy na koncert Phila Collinsa. Taki tam znajomy. To był upalny dzień, gorąco jak w kotle. Nigdy nie byłem na koncercie, który odbywał się na tak ogromnym obiekcie, więc zrobiło to na mnie olbrzymie wrażenie. Jak zresztą wiecie doskonale, muszę unikać publicznych miejsc z… oczywistych względów. Dla stałych bywalców to była zapewne tylko przystawka, ale ja najadłem się do syta. Było RE-WE-LA-CYJ-NIE! Dobrze, że w liceum opanowałem sztukę dzielenia na sylaby, bo żadne inne słowo nie pasowałoby w tym tekście.