No bo kto nigdy w życiu nie myślał o lataniu? Krótka relacja, nie robię z tego filmu na 5 minut, chodzi tylko o wspomnienie i… krótki wpis! Może do świąt wyrobię się z filmikiem ze skoków, może, może… 

Co do latania w tunelu, już 10 minut wystarczy, żeby swobodnie spadać i kontrolować swoje ciało. Serio! Szczerze polecam, bo to świetna zabawa. 

Swoją przygodę z lataniem zacząłem w liceum, akurat wtedy powstała klasa o takim profilu, kontynuowana przez kilka następnych lat. W zasadzie było to zwykłe liceum, ale dodatkowo mieliśmy również zajęcia z zakresu aerodynamiki, prawa lotniczego, meteorologii, możliwości i ograniczeń człowieka, budowy szybowców… i tak dalej. 

Zawsze byłem ciekawy jak to jest lecieć, ale dopiero w gimnazjum zacząłem interesować się lotnictwem za sprawą jednej z moich ulubionych gier na tamte czasy, IŁ-2 Sturmovik, w którym naparzałem z niemieckiej „Focki” do… do Niemców, oczywiście! Ich własną bronią! Grałem na klawiaturze, bo mój wymarzony joystick był poza moim zasięgiem. Może dlatego tak często wpadałem samolotem w korkociąg… 🤔. Mama chyba nie chciała żebym siedział tyle przy komputerze, więc na gwiazdkę dostałem piłkę…  

Co prawda zaprzepaściłem karierę pilota, piłkarza zresztą też, ale nie zrezygnowałem całkowicie z lotniczych fantazji. W ciągu 3 licealnych lat zrobiłem trochę ponad 150 lotów, głównie na szybowcach, chociaż miałem też okazję siedzieć za sterami takiego samolotu jak Cessna 182 czy AN-2. Bydle miało tak ciężkie stery, że aż w łokciach łupało po kilku minutach lotu. Samolotami lataliśmy głównie dzięki akcji „lisy”, czyli zrzucaniu z samolotu szczepionek przeciw wściekliźnie nad wielkopolskimi lasami. Nagrodą za pomoc była możliwość przesiadki na miejsce drugiego pilota. Do dziś pamiętam jak te szczepionki cuchnęły… 

W drugiej klasie do szybowcowego zestawu doszły skoki spadochronowe i wtedy zrozumiałem, gdzie jest moje miejsce. Z perspektywy czasu trochę żałuję, bo tak naprawdę poświęciłem to latanie. Gdybym nabrał więcej doświadczenia, krótkie loty stopniowo zamieniłyby się w te dłuższe, a może nawet znacząco zbliżyłbym się do uzyskania licencji? Kto wie, może jeszcze kiedyś zrobię coś w tym kierunku. Raczej nie będę zajmował się tym zawodowo, ale może hobbystycznie. Jak spłacę kredyt za dom, którego jeszcze nie zaciągnąłem. 

Bo… prawdziwe latanie zaczyna się w momencie, w którym jadąc na lotnisko planujesz w drodze co będziesz robić i gdzie być może sobie polecisz, a jedyną rzeczą, która może Ci przeszkodzić w realizacji Twoich celów to… pogoda. Albo żona. W zasadzie w takim zestawieniu pogoda wydaje się być zawsze dobra. No ale to chyba fajna perspektywa na leniwe, niedzielne popołudnie, prawda? U mnie wyglądało to wtedy tak, że jadąc po szkole na lotnisko zastanawiałem się czy będę mył szybowce i znajdę wreszcie wiadro bez dziury czy raczej jednak będę zamiatał hangar. Co z perspektywy czasu znowu nie było przecież takie złe… po prostu praca dla pracy miała nauczyć nas, że w życiu nie ma nic za darmo. Stopnie w szkole przekładały się na ilość lotów, uczciwe zasady, które pozwalały wyłonić tych, którym zależało najbardziej. Ci gorsi czuli się zwyczajnie w świecie odrzuceni, no i nic z tym nie mogli zrobić. Nie zmienią swojego podejścia do nauki jeśli już od podstawówki zawsze brakowało im „pół punktu”, bo akurat na sprawdzianie był inny zestaw pytań niż na ściądze. 

Oczywiście w ramach szkoły mieliśmy wyjazdy na lotnicze obozy, w pełni sponsorowane przez instytucje, które były zaangażowane finansowo w ten projekt. Miasto Poznań, VW, 31 Baza Lotnicza, MON, Aeroklub Poznański… no z rozmachem! Te letnie obozy trwały cały wakacyjny okres, lataliśmy też na różnych innych lotniskach, nawet w górach – cudoooooowne widoki, było naprawdę ekstra, ale było nas tak dużo i żeby to wszystko ogarnąć instruktorzy musieli stawać na rzęsach i włożyć w to ogrom pracy. Ich wysiłki chyba nigdy nie zostały docenione. Byliśmy dzieciakami i czasem zamiast ułatwiać im życie, utrudnialiśmy. Ale trzymali nas trochę w szachu. Albo robisz to co należy, w sensie… ubierasz długi rękaw, szczególnie w upalne dni, nosisz czapkę z daszkiem i zachowujesz się przyzwoicie, albo nie latasz lub nawet wypadasz z obozu. Proste zasady do których trzeba było się dostosować. Niektórzy z nich byli od nas starsi zaledwie o kilka lat, więc to taki wiek, w którym jest się mistrzem świata w każdej dziedzinie i owszem, często wykorzystywali swoją pozycję. Nosili te takie okularki w stylu Top-Gun, naoglądali się filmów i każdy z nich chciał być jak Tom Cruise w Aviatorach. W zasadzie to każdy z nas chciał być jak Tom Cruise w Aviatorach…  

Generalnie robili kawał dobrej roboty, ich zapłatą za wielogodzinną, stresującą pracę było latanie. Szczerze powiedziawszy to nie wiem czy Aeroklub Poznański był dla nich bardziej hojny, bo widząc jak ten świat jest zbudowany i jak na podobnych warunkach dzisiaj „zatrudnia” się trenerów innej maści, co by się najpierw „sprawdzili”, to nawet wątpię, by chociaż powąchali jednego Władysława. Przecież ich zapłatą samą w sobie jest to, że mogą sobie poćwiczyć! I poprowadzić zajęcia! To za mało!? Jacy oni chciwi wszyscy! 

Dopóki jednak trwała szkoła mogłem latać i szkolić się za darmo, i było to bardzo fajne, ale wymagało ciężkiej pracy i dużego zaangażowania. Gdyby jednak spojrzeć na to wszystko przez pryzmat liczb… 3 lata liceum, 150 lotów… to dużo czy mało? Zawsze to więcej niż 0, ale przyjmijmy, że w klasie jest 30 osób, a każdy po 3 latach miał tak od 100-200 lotów. No… „najzdolniejsi” może z 50. Czyli w ciągu całego liceum musiało wyjść średnio z 4500 lotów. Dużo czy mało? A potem nowy rok szkolny, a zatem i nowa klasa, dochodzi kolejnych 30 osób…  

Żeby w pełni obsłużyć start szybowcowy potrzebnych jest nie więcej niż 10 osób. Nawet i 5 wystarczy. Wtedy każda osoba jest za coś odpowiedzialna i każda ma co robić. I nie trzeba by wstawać o 4 rano, żeby do zachodu słońca każda jedna osoba z trzydziestu chętnych zrobiła przynajmniej ten jeden lot. Im mniej osób tym więcej lotów na łeb. Dotarło to do mnie kiedy na własne oczy zobaczyłem jak wygląda komercyjne szkolenie, ale o takim mogłem wtedy tylko pomarzyć. Przy zaledwie dwóch dostępnych szybowcach garstka osób zrobi dokładnie tyle samo wylotów w ciągu jednego dnia ile zrobiłoby kilkadziesiąt osób.  No tak, wtedy to jest to już dużo. Na głowę. Zresztą ja też nie mam co narzekać. 

Gdzie kucharek sześć, tam nie ma co jeść? 

W momencie, w którym na starcie szybowcowym wraz z pracownikami obsługującymi wyciągarkę, instruktorami i kursantami jest kilkadziesiąt osób… to się robi małe zamieszanie. W rezultacie pracuje kilka osób, reszta nie robi nic. Niedawno na własnej skórze zobaczyłem jak to jest być po tej drugiej stronie, gdzie podczas organizacji Konferencji Klimatycznej zarządzałem prawie 30 osobową grupą studentów, której zadaniem było robienie wszystkiego co powiem. Fajnie? Jaaaasne…

W momencie w którym wszyscy przyszli do pracy, po rozdzieleniu zadań z ponad połową nie wiedziałem co zrobić. Potem obserwowałem jak 3 osoby niosą jeden komputer albo lepiej – ryzę papieru – i chwytałem się za głowę. Tak naprawdę wystarczyło mi 10 ogarniętych ludzi i w momencie, w którym wprowadziłem jako taki grafik… zadziałało. Ale niektórzy studenci byli bardzo zdolni i sami nie wiedzieli kiedy mogą przyjść do pracy, a kiedy nie. Nie potrafili nawet określić własnej dyspozycyjności.  Najlepiej, kiedy w momencie w którym miałem wszystko ogarnięte chcieli się pozamieniać, bo jednak coś im wypadło, a najczęściej „coś” wypadało w piątek wieczorem lub w weekend. 

Wracając do moich szkolnych czasów, oczywiście wyglądało to tak, że im więcej od siebie dawałeś, tym więcej dostawałeś. Spośród grupy wyłaniały się jednostki, które zasłużyły na to latanie, ale też takie, które po prostu wiedziały gdzie w danym momencie być, żeby ich zauważono. To z kolei nie podobało się tym, którzy zupełnie nic od siebie nie dawali, sprawiali największe problemy, a wymagali najwięcej. Pokłosie takiego zachowania można zaobserwować wśród tych, którzy dzisiaj wyciągają łapę po 500+. Mniej więcej taki obraz prezentowały ówczesne Bednary i Kobylnica. A weź teraz zamknij ten program!? „Zabrano nam!”, dokładnie takie słowa dało się usłyszeć po jednym nielotnym dniu. „Nie latam, bo się za mało podlizywałem!” 

Bywały takie dni, że wybiegałem dziennie półmaraton i nic z tego nie miałem, ale były i takie, gdzie zrobiłem kilka lotów pod rząd, bo ktoś to wreszcie docenił. Generalnie nie narzekałem. Skąd to bieganie? Kursanci popełniają błędy, lądowania przeważnie były niecelne. A więc biegasz dziesiątki kilometrów, bo trzeba taki szybowiec dopchnąć na start. Im szybciej to zrobisz tym szybciej wyleci w górę, tym więcej lotów i… może się załapiesz w kolejnej rundzie. Nikt nie wiedział kiedy poleci, o tym decydował instruktor. Z początku każdy lubił te biegowe akcje, bo myślał, że może teraz jego kolej, ale im bardziej dopytywałeś, tym stawałeś dalej w kolejce. To właśnie była ta ich moc wykonawcza. Niektórych lubili bardziej, innych mniej, dokładnie to rozumiem i pewnie jako instruktor postępowałbym identycznie. To oni grali pierwsze skrzypce, a my nie mogliśmy nawet wymagać, bo za nic przecież nie zapłaciliśmy. Lepiej było skupić się na zadaniu i grać drużynowo, bo kiedy ja będę w szybowcu i wyląduję za daleko, to mogłoby się okazać, że nikt nie podbiegnie pomóc mi go pchać. 

Dni zawsze wyglądały tak samo. Nocowaliśmy w starym, zagrzybiałym ośrodku harcerskim i namiotach wojskowych. Nikomu to oczywiście nie przeszkadzało, nikt też nie narzekał na brak ciepłej wody. No, może poza dziewczynami. Pobudka o 4 rano, śniada… o nie, jakie śniadanie? Dojazd z okolicznej wsi na teren lotniska rowerem trwał tak do 20 minut. Jakieś 4 kilometry. Następnie robiliśmy wszystkie te czynności związane z  wyhangarowaniem szybowców, wypychaniu ich na start i oznakowaniu lotniska. Zakładaliśmy z kolegami siatki foliowe na buty, co by nie przeciekały od rosy i potem dłłuuuuugo długo długo czekaliśmy nie wiadomo na co. W końcu latanie do wieczora, na koniec dnia hangarowanie szybowców i wszystkie czynności związane ze zwinięciem sprzętu… dokładna odwrotność tego co było rano. W ogóle na lotnisku zawsze jakoś tak czas powoli płynie. Nigdy nie wiadomo na co się czeka, bo nikt z kursantów nie ma o tym pojęcia. Brakuje jakiejkolwiek wiedzy na temat tego co się w ogóle dzieje, a nikt się tym też specjalnie jakoś nie interesował.

Najwygodniejszą i najmniej męczącą robotą było ciąganie liny z wyciągarki. I wtedy po prostu sobie jeździłem autem i dowoziłem liny. Miałem 16 lat i prowadziłem lepiej niż niejeden niedzielny kierowca! Dzięki tacie, który nauczył mnie ruszać bez szarpania kiedy jeszcze ledwo sięgałem do pedałów. Ta fucha przypadła początkowo koledze, który był z nas wszystkich najbardziej ogarnięty, ale kiedy ze zmęczenia zasnął za kółkiem i uderzył w wyciągarkę było jasne, że potrzebuje zmiennika. Ale przeskoczmy trochę w czasie, bo będąc w 3 klasie angażowałem się już tylko w skoki i nie wyobrażałem sobie weekendu, w którym nie byłoby mnie na strefie spadochronowej. Szybowce przestały mieć dla mnie znaczenie.

No i miałem pracę. Na wspomnianej strefie układałem spadochrony, a za złożone pieniądze skakałem. Ale na dłuższą metę… chciałoby się znaleźć normalną pracę, oczywiście dobrze płatną! Perspektyw żadnych, ale wymagania duże, wiadomo. Zaraz po skończeniu szkoły znalazłem, niejedną zresztą, gównianą,  przy której połączenie pracy, studiów w weekend, skoków, czasami pracy w weekend, no… to nie było takie łatwe. Ale możliwe! I odłożyłem nawet na prawko! Połowę, przeliczyłem się troszeczkę, ale od czego ma się rodziców? Marzyłem o zakupie najtańszego możliwego grata, żebym chociaż na to lotnisko mógł dojechać, a kiedy już go wreszcie kupiłem to dolewałem benzyny za tyle ile miałem w kieszeni. No i najczęściej wyglądało to tak, że nawet gdybym dojechał na to lotnisko, to nie wiem czy w drodze powrotnej nie musiałbym go pchać. 

To były fajne czasy i gdyby nie ta szkoła pewnie nigdy nie miałbym możliwości ukończenia takiego kursu i w ogóle latania, za co jestem im przeogromnie wdzięczny, doceniam ich starania i całą pracę, którą w to włożyli. Większość ludzi szybko jednak wyleciała z gry. Ich marzenia o lataniu zniszczyła szara rzeczywistość. Po liceum trzeba było wrócić do tego… „normalnego świata”. Nie było już tak kolorowo w momencie, w którym za swoje latanie trzeba było płacić. Kiedy trzeba było chwycić byka za rogi i zdecydować o swojej przyszłości. 

Nie wiem czy aeroklub nie wyrządził tym samym znacznej większości krzywdy z tego powodu, że pokazał czym jest ten świat, a potem go zburzył. To trochę tak jakby pokazać psu kość, a kiedy ten zacznie merdać ogonem – schować ją. Oczywiście tylko od Ciebie zależy jakie decyzje podejmiesz i jak bardzo będziesz uparty w dążeniu do celu, bo nielicznym udało się utrzymać to lotnicze życie, a najlepszym zrobić nawet międzynarodową karierę. Nie chcę tu nikogo tłumaczyć, ale większość moich rówieśników pochodziła z biednych rodzin, nawet patologicznych i niekiedy w zasadzie nie mieli wyboru lub myśleli, że go nie mają. Łatwo powiedzieć – „każdy ma wybór”, ale ja to widzę tak, że mogli albo zasuwać do roboty i dokładać się starym do czynszu, albo być w ich oczach darmozjadami bez wykształcenia, spędzającymi weekendy zamiatając hangar…