Zmieniacie pracę, przeprowadzacie się, na wiosnę wbijecie łopatę w ziemię i wystartujecie z budową wymarzonego domu. Kupiliście psa, który za dwa miesiące będzie już z wami i zmobilizuje was do wcześniejszego wstawania, przy okazji zgubisz kilka kilogramów. Ty(!), bo ona nie musi, wiadomo. Macie plany… 

Stabilizacja! Tak, zdecydowanie można powiedzieć, że przecież w życiu o to właśnie chodzi. Żeby się ustabilizować! Ja się ustabilizowałem. Dwa tygodnie temu prawie. W kręgosłupie. Na początek… dobre i to, prawda? 

Taaaak mnie rąbnęło w plecach, że z lekko pogiętego, stałem się wyprostowany. A już miałem plany biegać, serio, bo wiesz… sport jest ważny, a tak… cóż, muszę to przełożyć na później, jak już wydobrzeję. Nie wiem, może w przyszłym roku będę już w pełni sprawny. Mam nadzieję, bo gdyby nie te plecy… już bym zbijał wagę. 

Fajne jest to, że na stałe przeprowadziliśmy się do Kołobrzegu, dzięki najlepszym na świecie ludziom mamy fajne mieszkanko, z którego możemy korzystać aż do czasu postawienia domu. Hmm… no dobra, zapytam przy okazji, żeby to jeszcze potwierdzić. Może chodziło o…  do czasu, aż nie postawimy fundamentów? 

W sumie nie jest już tak źle już z tymi plecami, najgorsze chyba minęło, jeszcze tydzień temu nie mogłem sam założyć skarpetek. Tym razem to nie z powodu przeszkadzającego brzucha, plecy… nadążasz? Dodatkowo nie pomaga fakt, że gdzieś w powietrzu czai się na nas wszystkich koronawirus. Lepiej nie wychodzić z domu. Ale przewietrzyć się trzeba, zwłaszcza, że po sąsiedzku mamy morze i pustki na plaży. 

Mówię serio, nie bagatelizuję problemu ani się z niego nie naśmiewam. Wręcz przeciwnie, dziwi mnie, że tak łatwo, zwłaszcza w dzisiejszych czasach, jest nam wierzyć w boga, kiedy nie ma ani jednego namacalnego dowodu na jego istnienie, a nie wierzymy w wirus, na którego dowód w postaci ilości zarażonych osób i co gorsza, ilości zgonów… obserwujemy każdego dnia. To trochę tak jak z nowotworem i innymi chorobami. Nieee, mnie to nie dotyczy, mnie to nie spotka! 

Nie dodam nic nowego w sprawie koronawirusa, wszystko już przecież wiecie. Jedyne co robię to tak jak i Wy, śledzę wiadomości i zderzam je z informacjami z mediów społecznościowych. Wiadomo, że pasują jak pięść do nosa, sprawa zrobiła się bardzo polityczna, a tym kutasom jest to nawet na rękę.

Prawda jest taka, że straciliśmy nad tym kontrolę i w obliczu klęski nie pozostaje nic innego niż dostosować się do ogólnych zasad. Nie wychylamy się, unikamy grupek, nie dajemy buziaczków rodzinie i znajomym. Jeśli komuś wydaje się być śmieszne, że trzymamy się z daleka to jego sprawa. Ja przejdę przez tę chorobę bez większych problemów, ale mogę podać ją dalej osobie, którą to zabije.

Wszystko to sprowadza się w zasadzie do tego, że życie wcale nie jest tak stabilne jak nam się wydaje i nigdy nie wiadomo co się może człowiekowi przydarzyć. Nie znaczy to, że nie można mieć żadnych planów, bo skoro się posypie to po co planować. No nie! Z reguły chyba każdy z nas optymistycznie podchodzi do życia, może poza tym niewielkim fragmentem, w którym uważamy, że trzeba czasem odłożyć coś „na czarną godzinę”.

Skoro zakładamy, że taka czarna godzina nadejdzie, to z reguły… nadejdzie! Kiedyś czytałem o tym w jednej książce dla akwizytorów, takiej wiecie, w stylu… – moc przyciągania pieniądza – albo… – pozytywne myślenie – w której było napisane, że przyciągamy zarówno wszystkie pozytywne rzeczy jak i te negatywne. Wkurzasz się, że dostałeś mandat? Zapewne to jeszcze nie koniec problemu, w domu czeka na Ciebie zalana podłoga, bo uszczelka pękła. Następnego dnia wywalą Cię z pracy, a żona odejdzie z Twoim przyjacielem. Nawet matka nie uwzględni Cię w testamencie. 

Dlatego do dzisiaj korzystam tylko z jednej zasady z tej książki. Ta zasada zawsze się sprawdza. Zawsze. Pozytywne myślenie zakłada, że kiedy dojeżdżam gdzieś samochodem, moim zadaniem jest wyobrazić sobie miejsce parkingowe. I wiecie co? Czasami się okazuje, że wyobraziłem sobie… zajęte miejsce parkingowe.