No bo kto nigdy w życiu nie myślał o tym, żeby skoczyć ze spadochronem?
No dobra… może ktoś tam pomyślał jednak…

Jeśli obejrzeliście filmik to super, jeśli nie, to może chociaż trochę poczytacie ;). To chyba nie będzie krótki wpis, więc fajnie, że podejmujesz chociaż próbę! Dzięki, że jesteś, przynajmniej wiem, że czytanie w XXI wieku jeszcze nie umarło. 

No i… może spróbuję odpowiedzieć na pytanie, które najczęściej słyszą skoczkowie – „nie boisz się, że Ci się spadochron nie otworzy!?” – Pytanie, które w sumie już słyszę coraz rzadziej, bo przestałem się już tym chwalić każdemu tylko po to, żeby je usłyszeć, a także… dlaczego ludzie z ulicy decydują się ryzykować życie oddając je w ręce tandem-pilotów i wreszcie… dlaczego według mnie skoki spadochronowe to nie jest najbardziej niebezpieczna rzecz, którą można zrobić w swoim życiu. 


To chyba nie będzie nic odkrywczego, jeśli powiem, że wszystko jest kwestią spojrzenia na dany temat z różnej perspektywy. To, co Tobie wydaje się być niebezpieczne dla innych może być pasją lub nawet źródłem utrzymania. Pływanie z rekinami? Statystycznie więcej osób ginie z powodu wymyślnego selfie w górach niż tych, które wylądowały w rekinim menu, bo przecież rekiny bez powodu nie atakują człowieka. Podobno. Ale ja bym tam palca nawet na sekundę do wody nie zanurzył, gdybym wiedział, że pływa w niej coś, co może mnie zjeść.

Spadochroniarstwo w żadnym stopniu nie przypomina też rozbrajania bomby. Który kabel? Czerwony czy niebieski!? I chociaż w taki sposób odbieram zawód sapera, to pewnie niejeden z nich w odpowiedzi na moje założenia powiedziałby, że w jego pracy chodzi o coś innego i jestem ignorantem, który źle postrzega tę robotę. Powiedziałby, że wyobrażenie o dwóch kabelkach zapożyczyłem z hollywoodzkich filmów! Dooobra dooobra, najpierw pokaż wszystkie kończyny, cwaniaczku, to pogadamy. Taka praca to życzenie śmierci! Tak jak pływanie z rekinami! 

Spadochroniarze postrzegani są w podobnym świetle. Świry, samobójcy, ryzykanci, wrzuceni do jednego worka razem z motocyklistami, alpinistami i tymi powyżej, a nawet (założę się) leżą w tym worku jeszcze głębiej. Trochę mi to przeszkadza, czuję taką… niesprawiedliwość, ale no… co zrobić? Jak ma tak być, to niech sobie będzie, no trudno, nawoływać niewiernych nie będę, z ulotkami pod kościołem też stał nie będę. 

To wszystko, całe to lotnictwo, spadochroniarstwo, zaczęło się u mnie stosunkowo późno, przy okazji wpisu o lataniu coś tam nieco już naskrobałem, jak masz trochę więcej czasu, zajrzyj koniecznie! Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek bał się wysokości, więc może dlatego nie było tak źle. Nawet nie zdawałem sobie sprawy, że wspinaczki po drzewach za dzieciaka mogły być zaprawianiem się w boju. W zasadzie moje lotnicze fantazje ziściły się tylko dzięki fajnej szkole, ciekawym pomyśle i inicjatywie ludzi z lotniczego środowiska. Gdyby nie to, to raczej nigdy bym tego nie zasmakował, a widok samolotu na niebie nie przywoływałby miłych wspomnień tylko byłby zupełnie obojętnym tłem, do którego przywykliśmy żyjąc w dużych miastach. 

Podczas mojego pierwszego lotu szybowcem obawiałem się trochę startu, ale podczas lotu wszystko wydawało się być takie płynne, bezpieczne, nawet kiedy szybowiec konstrukcyjnie przypominał pudełko zapałek, więc raczej wysokość zawsze kojarzyła mi się z dobrą zabawą i to chyba jest klucz do wszystkich odpowiedzi. Z reguły boimy się wszystkiego co nowe i tego czego nie rozumiemy, po prostu często towarzyszy nam lęk przed nieznanym, zwłaszcza jeśli robimy coś po raz pierwszy w życiu.

Pamiętam jak przy mojej pierwszej reinstalacji systemu obgryzałem paznokcie, gdy pasek postępu stawał przy 99%, i chociaż nie miało to nic wspólnego ze sportami ekstremalnymi, spociłem się jak po zajęciach na siłowni. Oczami wyobraźni widziałem moją mamę, która przeze mnie nie ułoży tego wieczoru pasjansa, powtarzającą bez przerwy jedno pytanie, które zawsze pozostawało bez odpowiedzi… COŚ TY NAROBIŁ!?

– Ale… ja tylko…
– Ja tylko, JA TYLKO! CO ja tylko!?

W sumie… ta dziecięca ciekawość pozostała u mnie po dziś dzień. Nie ma to jak aktualizacja systemu… 

PIERWSZY SKOK

Pamiętam doskonale ten przeciągany, długi lot, zaraz przed moim pierwszym skokiem. Jak już się troszkę wyluzowałem, nagle na wysokości kilku kilometrów ktoś otworzył drzwi i powiedział, żebym się przygotował. Wtedy pomyślałem, że chyba jednak boję się wysokości i wcale nie jestem takim kozakiem jak początkowo zakładałem. Nogi miałem jak z waty.
To był kurs AFF (Accele… eee… coś tam), w którym po otwarciu spadochronu zdany byłem tylko na siebie. To, co pchało mnie w tym kierunku to była jakaś magiczna siła. No cóż, czasem robimy coś wbrew logice, starając się coś sobie udowodnić, przezwyciężyć swoje lęki i „takie tam”, tylko… czy notoryczne przezwyciężanie lęku może być w ogóle przyjemne? 

Podobno tylko idioci się nie boją, a i sam strach bywa przydatny. Bo chodzi o to, żeby umieć go pokonać, w tym własne słabości.

Tyle się mówi o pokonywaniu strachu, jakby na bazie strachu właśnie, trzeba było budować szacunek do czynności, którą chcemy wykonać. Ale gdybym miał tak za każdym razem pokonywać te swoje słabości to ja nie wiem czy by mi się chciało w ogóle do samolotu wchodzić. Wystarczy, że słabości pokonują mnie za każdym razem gdy wiem, że w szafce są kinderki. Efekt? Jestem gruby ciężki. Ale za to jaki aerodynamiczny! 

Czy więc naprawdę powiedzenie „tylko idioci się nie boją” ma jakiś sens? Może utarło się to w naszym języku jak zwrot w stylu „szczęśliwi czasu nie liczą” albo „inteligentni ludzie się nie nudzą”? Ciekawe tylko co robią jak nie mają nic do roboty. Fajnie tak powiedzieć podczas wywiadu do kamery, żeby nie było, bo przecież opinia publiczna tego łaknie, ale gorzej, jeśli naprawdę się w to wierzy. No bo… czy Ty czujesz się idiotą, bo nie boisz się prowadzić samochodu? 

SWOBODNE SPADANIE

Mówiąc najogólniej jak się da, podczas pierwszego skoku nasz mózg całkowicie odłącza się od ciała i w zasadzie nie wiemy co się stało. Żyjesz? Z niewyjaśnionych powodów twierdzisz, że było super i chcesz jeszcze raz! Nie pamiętasz nawet jak się nazywasz, gdzie mieszkasz i jak tu trafiłeś, generalnie niewiele kojarzysz, ale było super! Nie no, coś tam się kojarzy… 🙂 

Taką euforię najczęściej odczuwają osoby skaczące w tandemie, te same, których twarz 5 minut wcześniej mieniła się naprzemiennie odcieniami bladozielonego i ciemnofioletowego. Wszystkie negatywne emocje minęły wraz z otwarciem spadochronu. To nic, że Twoje nogi wciąż zwisają nad przepaścią, drobiazg. To jeszcze nie koniec skoku, ale koniec strachu. Zapewniam, że tak właśnie jest, bo większy strach eliminuje ten mniejszy.

To działa na takiej zasadzie – pierwszy lot w życiu? No ok, boisz się. Pierwszy lot w życiu w połączeniu z pierwszym skokiem spadochronowym? Boisz się skoku, lot to pestka. Nie myślisz o tym czy skrzydło samolotu się przypadkiem nie urwie tylko o tym czy spadochron aby na pewno się otworzy. Zapewniam jednak, że po wszystkim już zawsze będziesz dobrze wspominać tę chwilę lub oglądać ją z uśmiechem na twarzy (jeśli wykupiłeś opcję z filmem), bo nagranie to zawsze jakaś pamiątka! Polecam. Anna Nowak-Ibisz.  Spadając z takiej wysokości naprawdę masz wrażenie, że potrafisz latać, a jedyne czego Ci brakuje to peleryna. Tylko pamiętaj o spadochronie, w sumie to chyba ważniejsze jest. 

Adrenalina tak buzuje, że bardzo szybko przebaczamy sobie panikę, która jeszcze przed momentem przeszywała nasze ciało. Jeśli to powtórzysz od razu, będziesz naładowany tylko pozytywnymi wrażeniami. To już nie będzie panika, a sam strach będzie się stopniowo zmniejszać, być może nie zaniknie całkowicie, ale zamiast skrętów w żołądku poczujesz wreszcie coś przyjemnego. I to jest ten moment, który wszystko zmienia. Jeśli ten moment nie nastąpi… hmm… Twoja sprawa co z tym zrobisz. Ja się początkowo trochę katowałem, ścisk w żołądku pojawiał się przed samym wyskokiem, ale z czasem mi to przeszło. Bardziej liczyło się zadanie, które chcę zrobić, niż jakieś tam wątpliwości. Wiele osób rezygnuje z tego powodu ze skoków, nawet tacy, którzy mają ich całkiem dużo. Przez wątpliwości w to, co robimy, rzecz jasna. Jak w każdej innej dziedzinie życia zresztą. Czy nie jest tak, że na kursie prawa jazdy też boisz się wyjechać na miasto, zmienić pas lub wjechać na rondo? A później nie boisz się już jeździć dłużej, dalej, szybciej?

Oczywiście, że czasem pojawiają się pewne emocje, nie jestem jakimś pieprzonym robotem, najczęściej takie, które sam znasz, odpowiadające sytuacji na drodze, kiedy gdzieś tam daleko na horyzoncie wybiegnie nam na drogę jakieś zwierzę. Nie przed samą maską, żeby trzeba było reagować NA-TEN-TYCH-MIAST, tylko gdzieś tam, daleko, a mimo to nóżka odruchowo schodzi z gazu, nie? Zapobiegawczo! A przecież z powodu jakiejś sarenki nie będę od razu rezygnował z przyjemności, jakie daje mi prowadzenie auta, prawda? Chyba lepiej jest mieć z tyłu głowy coś takiego, świadomość, że jelonek może wyskoczyć z lasu, niż jej nie mieć, zgadza się? To nie strach decyduje o tym, żeby ograniczać się i nie grzać ile fabryka dała przez las. Rozsądek! I poziom głośności mojej rakiety z silnikiem 1.0

W przypadku sportów ekstremalnych, gdzie udziela się duża dawka adrenaliny, każdy czerpie z tego na swój wyjątkowy sposób. Adrenalina uzależnia, więc jeśli potrzebujesz przygód, które wiążą się z odczuwaniem tych „pewnych” emocji, przydałoby też się nauczyć wyciszać samego siebie. Nie można ciągle merdać ogonem, a już szczególnie przenosić tych emocji na drogę. Ja po skokach czuję się bardziej wyluzowany, dotyczy to chyba większości osób skaczących, bo koniec końców wszyscy po takim dniu są trochę zmęczeni. Z całą pewnością mogę powiedzieć, że osoby uzależnione od adrenaliny (chociażby poprzez sporty ekstremalne) mają tendencje do większej brawury i to akurat nie jest za fajne. 

Przekładając to na drogę, co by tu dużo tłumaczyć, na pewno mają cięższą nogę, co powoduje realnie większe prawdopodobieństwo rozwałki. Sprawa wydaje się być bardziej złożona niż na to wygląda, gdyby jeszcze w sytuacji zagrożenia dodatkowo porównać szybkość reakcji niedzielnego kierowcy, ale co tu dużo gdybać, większe niebezpieczeństwo na drodze powoduje ten, kto po prostu jeździ jak wariat, a nie dziadek, który nie potrafi zaparkować. Koniec i kropka. Pod koniec tekstu coś tam jeszcze na ten temat dodam, bo w końcu gadamy sobie tutaj o niebezpiecznych rzeczach, prawda? No więc nie róbmy wyjątku. To, że tak bardzo przywykliśmy do jazdy samochodem, w niczym nie usprawiedliwia faktu, że może być to niebezpieczne. 

Kilka razy słyszałem już tekst, że ktoś nie dojedzie na lotnisko, bo po drodze miał jakiś wypadek. Większość wypadków samochodowych z udziałem spadochroniarzy spowodowana była w drodze do… niż w drodze z… 

Może jest w tym pewna zasada, a może to przypadek. Pies po długim spacerze też powinien być trochę spokojniejszy. Piszę to w nadziei, że tak właśnie będzie, bo… niedługo będziemy mieć jednego takiego szatana i już się nie możemy doczekać! Cieszymy się z Kasią przeogromnie, może dlatego, że nie mamy jeszcze świadomości co trzeba będzie poświęcić! Na własne życzenie! 😉 Przyjęliśmy to do wiadomości, że tak powiem. Nasze otoczenie też 🤓. W każdym razie… zmierzam do tego, że po prostu kiedy się wyszalejesz, nigdzie się nie spieszysz. 

ZANIM PODEJMIESZ DECYZJĘ

Zawsze gdzieś tam na początku podejmowania jakichś kroków w kierunku naszego celu, pojawia się w naszej głowie taka wirtualna tabelka z kolumnami „za” i „przeciw”. Powiedzmy, że marzysz o takim skoku oraz, że Twoje otoczenie przyjęło to do wiadomości. Mam tu na myśli przyjaciół, rodzinę, znajomych, rodziców i tak dalej. Żonę, też… czasem też ma coś do powiedzenia, prawda? 

U facetów to wygląda tak, że nawet jeśli w kolumnie „przeciw” jest więcej argumentów, to z reguły nie mają one znaczenia. Na zasadzie… „ja nie zrobię? Przytrzymaj piwo!” . Pieprzyć konsekwencje, mam jeszcze trzy życia. 

I dlatego, że łatwiej mi to przedstawić z perspektywy facetów, omówmy sytuację, w której planujesz, powiedzmy… no dobra, może nie chcesz skakać ze spadochronem, to jest dość ciężki kaliber, ale może chcesz… kupić motocykl? No dobra, wiem, z deszczu pod rynnę, ale ok, niech będzie. Motocykl, ok? 

Wreszcie mówisz żonie, która o dziwo nie skacze ze szczęścia jak początkowo zakładałeś… nie? Dlaczego nie skacze ze szczęścia!? Przecież te wspólne wypady! Pikniki! To wszystko dla niej! To już siedzi tak głęboko w Twojej głowie, że kiedy zderzasz się z rzeczywistością, powoli oswajasz się z pytaniem, czy naprawdę jest jakiś racjonalny powód, że musisz go mieć. W Twojej głowie wciąż huczy jedno ciągle powtarzające się pytanie… a po co Ci? PO CO CI!? I wtedy, biedaku, nie wiesz co odpowiedzieć. Ułożyłeś cały plan w głowie, ze trzy argumenty „za”, które ona przecież… zrozumie, no bo co, nie zrozumie!? Więc starasz się przekazać jej swój prosty punkt widzenia i… 

– No, boooo… eeee… no bo w korkach nie muszę stać i generalnie możemy…
– Jak nie chcesz stać w korkach to jeździj tramwajem! – Proste, nie?
– A no dobra, no tak tylko mówię, no… bo… możemy…
– CO możemy? CO MOŻEMY!? Nic nie możemy! Nie wsiądę na to! Tak Ci spieszno oddać nerkę!? 

No i pozamiatane. Nie chcę tu robić z każdej żony zołzy, bo wiadomo, że w końcu postawisz na swoim i wreszcie będziesz miał ten wymarzony motocykl. Najwyżej będzie w skali 1:43. I wcale nie pisałem tej historii opierając się o własny związek! Żeby nie było, moja Kasia taka nie jest! I gdybym chciał mieć motor, na pewno bym go miał. Wrócimy do tego tekstu za kilka lat i wtedy pokażę galerię moich wspaniałych, jednośladowych… modeli…

Ale pamiętaj, to zawsze działa w dwie strony. Spokojnie! Zawsze możesz zapytać, ale bez szczególnych emocji, wiesz… na spokojnie, bez nerwów. Po co Ci nowa torebka!? Masz dwie, które leżą w szafie! PO  DIABŁA CI 50 RÓŻNYCH KOSMETYKÓW!?
Tylko nie wychodź ze jej strefy komfortu. Pamiętaj, na spokojnie i bez emocji. To naprawdę nic trudnego. Jako wieloletni, samozwańczy mentor i autor… przyszłej powieści psychologicznej, której jeszcze nie zacząłem i nawet nie mam w planach, wiem co mówię. Trust me! Nie wiedziałbym w sumie czy wydać ją w twardej czy miękkiej okładce… 

No, bo widzisz… tak w skrócie… 

Chodzi mi o to, że zawsze pojawi się na Twojej drodze ktoś, komu nie do końca spodoba się Twój pomysł. Nie będę analizował czy to dobrze czy źle, po prostu napiszę jak to mniej więcej przebiega. Nie mając na celu podcięcia Ci skrzydeł, ktokolwiek to będzie, partner, znajomi, rodzina, zrobi to z powodu uchronienia Cię przed konsekwencjami Twoich własnych czynów.

Chodzi mi tylko o ten parasol bezpieczeństwa otwarty tuż nad naszymi głowami, o opiekę, nie mówię tu o przypadkach zawiści, celowych zagrywek, ja się nie obracam w kręgu zawistnych ludzi, to w ogóle nie wchodzi w grę. Za to… pobudki egoistyczne naszych ukochanych, no, coś w tym jest. A najgorsze dla nich jest to, że wiedzą, że muszą ustąpić, poniekąd dlatego, żebyśmy my, faceci, mogli podbudować trochę swoje ego, bo już obiecaliśmy kumplom, że przyjedziemy na ten zlot. Dalej mówimy o motocyklach, tak? A mieliście w ten weekend spędzić wreszcie trochę czasu razem… tylko Ty i Ona… 

Jak wypracować kompromis? A skąd mam wiedzieć? Kompromis, jak ważny by w życiu nie był, prawie nigdy nie będzie równoważny. Ty chcesz pomalować pokój dziecięcy na zielono, ona na niebiesko. Możecie wybrać wspólnie jakiś inny kolor, ale wtedy to już nikt nie będzie zadowolony. Aha, jasnoniebieski to wciąż niebieski, a Ty uwierzyłeś, że to niby Twoja zasługa? Co by nie było, zdanie jednej ze stron zawsze będzie bardziej na wierzchu. Sam zgadnij czyje. Pantoflu. Już ona wiedziała… 

Nawet targując się z Mirkiem handlarzem w podświadomości gdzieś tam przecież wiesz, że on i tak zawsze na tym zarobi. Ale ważne, że oczami wyobraźni widzisz, że jakiś tam Niemiec płakał, a kiedy auto przekraczało granicę to prostytutki wychodziły z rowu żeby poklaskać. 

Jeśli nie zgadzacie się w kwestii tego motocyklu… to wiedz, że za każdym razem jak na niego wsiądziesz ta druga osoba będzie myślała czy wszystko jest ok, czy przypadkiem nie będziesz miał jakiegoś wypadku! A uwierz mi, nikt nie lubi się zamartwiać! Co dostaje w zamian? To samo (a jakże!) czyli egoizm. Zwłaszcza wtedy kiedy robimy coś nie licząc się z uczuciami naszych bliskich, a już na pewno kiedy jesteśmy nieświadomi, że ktoś przez nas wyrywa sobie włosy z głowy, bo wydaje nam wie, że nasze ukochane istoty powinny patrzeć przez pryzmat naszych własnych doświadczeń. Gdyby tylko kochała motocykle i jeździła ze mną, postrzegałaby ten świat inaczej!!! 

No, ale nie kocha i nie jeździ. Jak rozwiązać ten problem? Warto po prostu pamiętać, by dać znać, że wszystko jest ok. Ja wiem, że jakby czasem… się nie chce. Albo np. dojeżdżasz do celu i masz już zapewnione kolejne atrakcje i myślisz sobie… a dobra, potem dam znać. Co to za różnica? Może jednak… jakaś jest? 

Wiem tylko, że są takie momenty, w którym argumenty nie mają znaczenia. Nawet te racjonalne, bo w takich przypadkach w końcowej fazie NIGDY nie decyduje mózg, tylko serce. W tej historii nie ma jednoznacznego zaprzeczenia, nie ma gniewu, nie ma depresji, nie ma akceptacji, nie ma targowania się, może być co najwyżej zrozumienie… i zazwyczaj tylko chwilowe. To po prostu jest, czasem gdzieś… jakby obok, aktywowane w określonych momentach. Czasem przemilczane, czasem niczym erupcja wulkaniczna, czasem zamiecione pod dywan.

W gruncie rzeczy każdy niby wie, że nie może Ci niczego zabraniać, ba, nawet pozwoli Ci się sparzyć (chociaż ostrzegał!), ale nie zdziw się, kiedy nie pozwoli Ci całkowicie wskoczyć w ogień. Warto mieć takie osoby blisko siebie, a już na pewno warto to docenić i wysłuchać co mają do powiedzenia. To buduje zaufanie! Inteligentna osoba po prostu wie, że nie powinna pozbawiać drugiej osoby marzeń lub zmuszać jej do poświęceń, o ile druga osoba sama tego nie chce, bo brak szczęścia spowodowany ograniczeniami prędzej czy później odbije się na nich obu. 

Kiedy na polu obok Króla pozostał jeszcze Hetman to wiedz, że ta partia się nigdy nie skończy. Chyba, że… z jakiegoś powodu sami oddamy grę. Bo w końcu… pomijając już te całe moje bzdurne gadanie, filozofie, kompromisy, odstępstwa, bajki i gierki w warcaby, a sprowadzając temat do zwykłego codziennego życia, prędzej czy później obojgu znudziłaby się taka partia. Nie ma zwycięzcy, nie ma przegranego. Może to jest idealny kompromis, a może tylko umiejętność współpracy? 

Kiedy już masz ten motor i trochę pojeździsz, a nie pochłonie Cię bez reszty i nie stanie się najważniejszy w życiu, bo szczerze powiedziawszy… nie powinien, to sam zobaczysz, że przez większość roku stoi w garażu i się kurzy. Może nawet sam uznasz, że warto go sprzedać (słysząc to przynajmniej raz w tygodniu od żony, a drugi raz od innych członków rodziny w porozumieniu z żoną). Tak zwana podświadomka! Win-win, jak to mówią! 

A teraz już tak na poważnie. Nikt w mojej rodzinie nie jest specjalnie szczęśliwy z powodu tego, że mały Łukaszek skacze ze spadochronem. Nauczyli się z tym żyć, bo wiedzą, że to lubię, ale gdyby kiedyś coś mi się stało właśnie przez spadochroniarstwo, przeklinaliby dzień, w którym poszedłem do tego cholernego liceum. Gdybym jednak kiedyś miał wypadek samochodowy, to nie zrzuciliby winy na to, że w 2007 zdałem egzamin na prawo jazdy. Wtedy byłoby to zrządzenie losu. 

CZY JA BYM SIĘ NADAWAŁ?

Kozaków, którzy dostają zadyszki wchodząc na pierwsze piętro, a chcą zdobyć od razu Mount Everest wciąż jest wielu, po części się do nich zaliczam, ale u mnie cały zapał kończy się na szczęście na pomyśle. I to wcale nie tak, że to Kasia skuteczne wybija mi z głowy różne głupoty, weź no, przestań! Nie dam się w to wplątać!  

W dużej mierze chodzi mi o tych, którzy przygotowywali się do takiej ekspedycji latami i dokładnie wiedzą co robią. Niestety nie oznacza to, że nie będą mieli kłopotów, problemów…, a nawet wypadków. Nawet zawodnicy z 20 letnim doświadczeniem mogą mieć po prostu zwykłego pecha… lub sami pakują się w tarapaty kiedy nie potrafią odpuścić, przez głupią ambicję ryzykując własne bezpieczeństwo. Bo byli tak blisko osiągnięcia celu! Każdy musi mieć z tyłu głowy zasadę dotyczącą ograniczonego zaufania, nie tylko do sprzętu, ale też do własnych ograniczeń, a nie hulaj dusza i… piekła nie ma. No i jeszcze kwestia jednej sprawy. Rutyny!  

Gdzieś tam w ludzkiej naturze leży udowadnianie sobie i innym na co nas stać. Wystarczy raz. Na zasadzie – odhaczone, jestem wielki i cześć. Udowodniłem nie tylko sobie, ale też całemu facebook’owi, że jestem gość i dla wielu to wystarczy. Ja na przykład wiem, że po spróbowaniu papryczki chili nie chciałbym drugi raz w życiu spędzić godziny w kiblu z puszczonym na język strumieniem zimnej wody z kranu… I już wiem, że nigdy więcej tego nie zrobię, bo i po co? Żeby znowu cały dzień piekła mnie morda!? 

Zapewne są tacy, których to nie rusza, poskromili ogień, ale jeśli ja się do nich nie zaliczam, to po co? Nie każdy czuje potrzebę pokonywania własnych lęków lub robienia czegoś na siłę, bo po pierwsze, ani to dla nich przyjemne, bo to jak trochę jak oglądać horror’y tylko po to, żeby w nocy mieć koszmary, po drugie… robi się to zwyczajnie bardzo niebezpieczne, szczególnie kiedy strach bywa paraliżujący lub ciężko nad nim zapanować. I to z reguły sam strach nie jest na tyle istotny, co właśnie reakcja w jego obliczu. Dla jasności, zachowanie zimnej krwi NIE uratuje Cię z każdej sytuacji. Jeśli masz mieć pecha, to nic tego nie zmieni. Jeśli na pokładzie samolotu każdy jeden pasażer boi się latać, to nie oznacza przecież, że w przypadku katastrofy piloci wyjdą z tego bez szwanku. 

Czy jest jakiś racjonalny powód, żeby się bać? Może faktycznie poprzez strach dostarczamy samym sobie informacji o swoich ograniczeniach, gdzieś tam pojawia się taki wewnętrzny głos rozsądku, ale czy znajomość swoich możliwości naprawdę musi być napędzana strachem? Przecież nie będę próbował chodzić po linie zawieszonej między budynkami, skoro tracę równowagę po kilku krokach chodząc po krawężniku. No i ten Mount Everest… to chyba nie dla mnie, skoro już w drodze na Morskie Oko zjadam wszystkie zapasy z plecaka. Jadąc bryczką. 

„Nie boisz się, że spadochron się nie otworzy?”

Dobra, przeróbmy ten temat. Zakładam, że spadochron może się nie otworzyć. I chociaż normalnie wiem, że jest to prawdopodobieństwo niewątpliwie totolotkowe, zanim założę go na plecy sprawdzam czy wszystko jest z nim w porządku. Normalna sprawa. Zgodnie z zasadą ograniczonego zaufania. Sam nie skaczę też na tyle często, by popaść w taką właśnie rutynę i tego nie sprawdzać. Każdy to powinien robić tak jak każdy powinien jeździć w kasku na lodowisku czy zapinać pasy w samochodzie. Niby wydaje się to oczywiste, ale nie zawsze jest. Według… dobra, uwaga, muszę się skupić –  Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych – te towarzyszą najczęściej osobom początkującym i tym starym wyjadaczom, którzy w życiu zrobili więcej skoków niż taksówkarz kilometrów. 

Bardzo łatwo doprowadzić do sytuacji, w której proces otwarcia spadochronu byłby w pewien sposób zakłócony, ale tak jak nikt specjalnie nie rozpędzi auta do maksymalnej prędkości i nie wjedzie w drzewo, tak nikt o zdrowych zmysłach, specjalnie nie będzie sabotował własnego bezpieczeństwa, litości! Spadochron sam z siebie nic nie knuje, nie myśli sobie – HA! MAM CIĘ! Co by Ci tu zaraz przyblokować…  no nie, nie! Nie boję się skakać ze spadochronem, bo jakbym się bał… to bym tego po prostu nie robił. Po prostu bym już to wszystko dawno rzucił w cholerę. 

Nie będę tłumaczył konstrukcji budowy spadochronu, ale sam moment otwarcia wygląda mniej więcej tak jak w przypadku tych mrocznych pudełek z klaunem na sprężynie. Te takie… 

Zrzut ekranu 2019-12-28 o 23.02.26

Klaun nigdy nie wyskakuje równo, buja się na wszystkie strony, niemniej jednak zawsze się stabilizuje. W sumie nie wiem czemu napisałem „tych mrocznych pudełek”, ale nie wiem jakim trzeba być rodzicem, żeby kupić swojemu dziecku zabawkę wykorzystywaną w prawie każdym filmie grozy… 🤔.

Dokładnie tak samo zachowuje się otwierający spadochron – przy założeniu, że nie stanowisz sam dla siebie zagrożenia. Proces otwarcia nie jest doskonały, w zasadzie to nawet rzadko kiedy spadochron otwiera się tak super równo, bez np. skrętów w linkach. Serio. I to nie są jakiś tam duży błąd podczas jego układania, to jest całkowicie normalne. Widać to też momentami na filmie, w momencie otwarcia miota nim na wszystkie strony, ale to nic złego. Tak właśnie, o zgrozo, wygląda poprawne otwarcie. Żeby doprowadzić do stanu, w którym się nie otwiera w ogóle? Eeee… no… nie ma szans. W takie coś to nie uwierzę. Takie legendy to wiecie… na wsi. 

Przecie w telewizorni godali, i Roman sonsiat też słyszoł, że jakiś tam spadachron nie otfłożył się i spadachraniaż w szpitaló lerzy… 

Ja też słyszałem o takich przypadkach, że człowiek się rzucił pod rozpędzony pociąg i chociaż bardzo bym chciał wierzyć, że przeżył, to raczej w ciemno szukałbym go na cmentarzu. Nie wierz we wszystko co mówią w TVP. Kurskiej telewizji mówimy zdecydowane NIE! No błagam… 

Skoki są zwyczajnie w świecie owiane złą sławą, ale… perspektywa, no nie? Już to przerabialiśmy. Każdy jeden wypadek, niezależnie z jakiego powodu, wygląda mniej więcej podobnie. Powstaje na skutek złych decyzji, nierzadko lekkomyślności, brawury i kompletnej głupoty, a czasem no… no tak, powtórzę się i nie Ameryki nie odkryję, czasem jest to po prostu zwyczajny pech. Nie tylko podczas skoków, ale normalnie, w życiu. Bo jak nazwać sytuację, w której jedziesz spokojnie autem, a ktoś z naprzeciwka zasnął za kółkiem i zjechał na Twój pas? Jak nazwać sytuację, w której od 10 lat karmisz niedźwiedzie, z pełnym zaufaniem w obie strony, ale ten jeden raz być może pomylił Cię np. z małpą? Przez tych 10 lat obracałeś się do misia plecami, sięgając po jedzenie i wszystko było ok! Może nie trzeba było się garbić… 😎 I co, oko już nie takie suche, nie? 

Przy każdym jednym zajęciu wymagającym upewnienia nas co do kwestii bezpieczeństwa, należy podjąć pewne kroki minimalizujące ryzyko, należy przestrzegać pewnych zasad i trzeba to robić mądrze. Każdy może znaleźć się w takiej własnej klatce z misiaczkiem i niech Was nie zmyli jego słodki wygląd! Najgorsze co w każdym jednym zajęciu można zrobić to popaść w rutynę. Czasem po prostu ignorujemy znaki ostrzegawcze. Alpinista, który od wielu lat wspina się bez zabezpieczeń i przecież wszystko było spoko… w końcu spadnie. Któregoś dnia ręka nie wytrzyma. Spadochroniarz, który ignoruje sprawdzanie sprzętu przed startem… będzie zmuszony otwierać spadochron zapasowy. Kierowca, który przekracza dozwoloną prędkość… prędzej czy później skończy w rowie. Zbyt ciasny zakręt? Nie kolego, zbyt duża prędkość, wystarczyło przyhamować.   

A JEDNAK NIE OTWORZYŁ SIĘ!!! 

Ja po prostu tak bardzo bym chciał, żeby ktoś zrozumiał mój przekaz! Że te skoki to w ogóle bezpieczne są i przecież niebezpiecznie to na spacer do lasu pójść, bo może ktoś tam się czai w krzakach zły, a nie skoczyć tam raptem z jakiegoś samolotu z jakiejś tam wysokości. Bez przesady już, no naprawdę! 

Zastanówmy się przez moment z jakiego powodu lub w jakich okolicznościach klaun nie wyskoczyłby z pudełka. Pęknięta sprężyna? Brak przycisku, który zwalnia jakąś tam zawleczkę otwierającą pudełko? Inne możliwości pozostawiam już Twojej wyobraźni, bo przy spadochronach jest dokładnie taka sama logika. Jeśli miałoby stać się coś, co spowoduje zakłócenie procedury otwarcia spadochronu, można to wykryć zanim założy się go na plecy, a wręcz trzeba, chyba, że… za nic masz swoje życie. Gdyby to było takie proste, to nigdy nie byłoby wypadków, prawda?

A te spowodowane są z zupełnie innych powodów, nie tam jakieś rzucone w eter – „nie otworzył się spadochron”

Zawsze przed pierwszym wylotem najlepiej po prostu rozwinąć taki spadochron i ułożyć go ponownie. Niewiele osób to robi. Naprawdę. Pierwszy błąd. Nie wiadomo ile czasu leżał tak zamknięty i jakie czekają tam na nas niespodzianki. Ale przecież zawsze jest jeszcze zapasowy, prawda? Drugi błąd. No i co z tego, że jest zapasowy? Nawet w obliczu posiadania koła zapasowego, też wolałbym z niego nie korzystać. W momencie, w którym faktycznie je potrzebujesz, zjeżdżasz na pobocze, szukasz narzędzi i wykonujesz całą tę skomplikowaną operację wymiany, by ruszyć wreszcie w dalszą drogę. Nie wymieniasz koła w trakcie jazdy, prawda? Podobnie jest podczas skoków, z tym, że tam nie możesz się po prostu zatrzymać na poboczu. Samo użycie zapasowego spadochronu nie oznacza, że zostaniesz cudownie wybawiony. Pociągnięcie za uchwyt od zapasu w złym momencie zamiast pomóc – może zaszkodzić. To zdecydowanie temat na osobny tekst, może kiedyś go napiszę. 

KAŻDY Z NAS MA GRANICE

Zawsze jadąc samochodem na drodze spotykamy jakiegoś idiotę, który zapomniał, że nie jest na torze wyścigowym i z syndromem charta wyprzedza każdy jeden samochód, byleby tylko być tych kilka minut szybciej u celu, byleby tylko zaspokoić swój adrenalinowy głód. To nie oznacza, że ci, którzy zostali w tyle boją się szybko jeździć. Na pewno mają nieco większy szacunek do prawa i starają się je respektować bardziej niż szaleniec, którego czerwone lampki już giną na horyzoncie, ale pewnie też zdarza im się czasami przekraczać dopuszczalną prędkość. W granicach rozsądku.

Mój charakter pracy polega m.in na częstych wyjazdach, w których nie zawsze ja jestem kierowcą, więc przerobiłem już tyle ciekawych przypadków, że zdecydowanie napiszę o tym osobny tekst. Kiedy podczas prędkości 180 km/h na autostradzie zwróciłem uwagę pewnej osobie, w odpowiedzi usłyszałem tekst w moją stronę w stylu „a co, boisz się?” Nie odpowiedziałem – „że niby ja się boję!? Gaz do dechy, bo jeszcze nie zamykasz licznika”!  – tylko powiedziałem, że nie uważam to za rozsądne. I naprawdę nie rozumiem, dlaczego ja wychodzę na tego złego, kiedy zwracam komuś uwagę, że jedzie za szybko. Zwłaszcza, ze ta osoba nawet kierownicy poprawnie trzymać nie umie. Chętnie odwróciłbym to pytanie w jego kierunku, gdyby siedział ze mną w samolocie. 

Wydaje mi się, że nikt nie będzie bał się jechać nawet i 250 km/h, jeśli będzie miał do tego odpowiednie warunki. Wystarczy tor wyścigowy i sprawdzone auto, a nie zwykła, użytkowa droga i zawsze srebrna, służbowa Skoda Octavia, z którą nie wiadomo co się wcześniej wyprawiało i jak wysoki krawężnik zaliczyła. Trzymać nogę na gazie potrafi każdy głupek, ale gadanie w stylu „jeżdżę szybko, ale bezpiecznie…”, no to już po prostu skrajny idiotyzm. Jeśli nie potrafisz przewidzieć zagrożenia wynikającego z Twojego stylu jazdy, bo widocznie nie potrafisz, to ja nie chcę z Tobą jechać, a już na pewno nie chciałbym spotkać się z Tobą na podporządkowanej.

Ten sam typ ludzi zaobserwowaliśmy z Kasią na lodowisku. Napędza się jeden z drugim, ganiają się po całej tafli, jeżdżą jak im tam pasuje, najlepiej pod prąd, bo tak jest cool, do momentu, w którym trzeba zahamować. Najczęściej wtedy sami wychodzą bez szwanku, a krzywdę robią komuś innemu. Zupełnie jak na drodze. 

I to jest taka chwila, w którym tracę wiarę w ludzi i zastanawiam się czy poczucie strachu faktycznie wpływa w jakiś sposób na zredukowanie ryzyka lub nawet jego całkowite wyeliminowanie… czy po prostu zostało wyparte przez głupotę. Myśląc kategoriami – boję się, więc tego nie zrobię niczym nie ryzykujemy, proste, nie możesz sobie zrobić krzywdy siedząc na kanapie. Chyba, że… jesz chipsy? Nie twierdzę, że my, weterani lodowiska nigdy nie zrobimy sobie czy komuś innemu krzywdy, ale jest w naszej brawurowe jeździe coś… spokojnego. A może tylko tak mi się zdaje. 

Grunt to się nie zawahać w tej niebezpiecznej chwili. Od razu mam przed oczami tych z lodowiska albo wszystkie te nieudane ewolucje kaskaderskie z YouTube’a, gdzie to właśnie ten jeden moment zawahania sprawił, że zamiast widowiskowego salta zobaczyliśmy nurkującego na beton, wymagającego kilkuletniej rehabilitacji – pacjenta szpitala ds. skomplikowanych złamań otwartych. 

CEL UŚWIĘCA ŚRODKI

… I chociaż rzucanie się w przepaść ze sprawnego samolotu przyprawia o gęsią skórkę nawet największych twardzieli, skoczkowie spadochronowi to na ogół ludzie zrównoważeni psychicznie, którym nie towarzyszą myśli samobójcze. Podobno. Czułem, że muszę to napisać, nawet jeśli nie jest to prawda. Ale chyba jest. Nieważne! Wykreślić! 

Nawet pisklę w pewnym momencie swojego życia decyduje się na opuszczenie gniazda poprzez lot i będzie to robić pierwszy raz w życiu. W końcu latanie stanie się dla niego czymś zupełnie naturalnym, jak dla nas wsiadanie do auta, żeby podjechać do piekarni po bułki. A przecież tyle się słyszy o wypadkach na drogach. Non stop! Czy to nas jakoś powstrzymuje? Czy wsiadając do samochodu ktokolwiek, kiedykolwiek myśli kategoriami potencjalnego wypadku? Nieco optymistycznie wpisujemy w nawigację cel do którego zmierzamy.

W moim przypadku nawet jeśli pojadę autem 5 minut. Gdzie przez pierwsze 10 podłączam i paruję telefon z systemem CarPlay… 

Wyskakując ze spadochronem też widzę cel i zapewniam, że nie jest to mokra plama na betonie, bo przecież nie chciałbym przeżyć sytuacji, w której z jakiegoś powodu spadochron w ogóle nie reaguje na moje interakcje, tak samo jak Ty nie chciałbyś przeżyć sytuacji, w której wciskasz pedał hamulca, a samochód w ogóle nie zwalnia. 

Ale ja wiem, bo to przecież oczywiste, że każdy z nas zawsze sprawdza hamulce przed wyjazdem na publiczną drogę. Gdyby jednak okazało się inaczej, to może sprawdzając każdorazowo spadochron przed skokiem robię w kierunku mojego bezpieczeństwa coś… więcej?