To zupełnie inna sprawa… 
Szkoleniowcy często słyszą od swoich kursantów jedną odpowiedź: 

„W domu zrobił!”. 

Nasz zaraz już półroczny border też w domu zrobi wszystko. W sensie to, czego go do tej pory nauczyliśmy, a potrafi zrobić parę naprawdę fajnych rzeczy, więc nic nie stoi na przeszkodzie, żebym stał na promenadzie z kapeluszem, chyba nie ma się czego wstydzić! Kiedy powiem „siad” on usiądzie, jestem prawie pewien! 

YouTube stoi przede mną otworem, wreszcie zdobędę popularność w internetach! Nie udało mi się zdobyć mojej wymarzonej popularności bazując na mojej twarzy, co jest zupełnie niezrozumiałe, bo znajomi mówią, że przypominam trochę Brad’a tylko… taką… nieco grubszą jego wersję, ale jednak wciąż Brad’a. Tego BRAD’A. No, ewentualnie jestem trochę podobny do Rick’a Hoffman’a… wiecie, tego, który w Suits’ach gra postać Louis’a, największego przystojniaka w całej kancelarii… 

niżej… 

niżej, niżej… 

o tego: 

 

BvBfzoGCMAAm1dk

Niedawno zakończyliśmy psie szkolenie, na którym głównie uczyliśmy się… robić z siebie durnia. W pakiecie niestety w ślad za tym nie idzie obniżenie progu poczucia obciachu, musimy po prostu robić swoje i mieć gdzieś co sobie myślą ludzie, ale taka jest cena bycia bardziej atrakcyjnym od leżącej na ulicy kiełbasy… 

Byliśmy przekonani, że wśród innych czworonogów nasz będzie miał problem ze skupieniem, ale miło się zaskoczyliśmy. Nie my jedyni zresztą, każdy miał podobne zdanie o swoim pupilu 😅 To nie jest tak, że po takim szkoleniu pies jest już tak ogarnięty, że teraz to wszystkie spacery będą super i nie trzeba już nic robić, w końcu za każdym razem gdy przekroczysz próg swoich drzwi wkraczasz z nim w świat pełen przecudownych zapachów i możesz mieć wrażenie, że pies Cię czasami zlewa, ale to nic! Nawet dziecko się buntuje kiedy nie chce zejść z placu zabaw, nie ma co się dziwić psu. 

Nasze spacery wyglądają tak, że dajemy się zwierzakowi „wywąchać”, załatwić swoje sprawy, a potem zajmujemy go sobą i potrafimy sprawić, by skupił się na zadaniach jakie dla niego zaplanowaliśmy, a on… daje radę. Czasem ciągnie jak parowóz i musimy go non stop korygować, a czasem idzie spokojnie przy nodze, niebywałe. Jeszcze dużo pracy przed nami, w dodatku ja mam tendencję do wtrącania się, co nikomu nie służy i podważa autorytet Kasi, więc we dwójkę chodzimy na bardziej luźne spacery, czasami wyjeżdżając do lasu, gdzie pies swobodnie sobie biega. Oczywiście będąc na długiej lince, która zawsze plącze mu się pod nogami, ale trudno, bo kiedy rzuci się w pogoń za jakąś sarną najprawdopodobniej zdążę ją nadepnąć. Linkę w sensie, nie sarnę przecież 🤔

Jakoś nie wyobrażam sobie siebie czy Kasi w roli kogoś kto wychodzi z psem na spacer tylko po to żeby ten załatwił swoje potrzeby i do domu. Skoro już kładę się spać lub wstaję o nieprzyzwoitej godzinie to już się kawałek przejdziemy i coś tam ciekawego porobimy. To mi się chyba nigdy nie znudzi, ale przed nami zima, może nie będzie nam się chciało… wtedy to już chyba tylko bieganie, żeby nie zmarznąć… wreszcie nie będzie wymówek! Zobaczysz Kasia jak moja waga poleciiii… samo się wypali. 

Jesteśmy w trakcie budowy domu i na pewno będzie o wiele wygodniej, móc kiedyś puścić psa na dwór, jednak ogródek za nas sprawy nie załatwi. Chyba każde psy lubią mieć większą przestrzeń, zwłaszcza psy pasterskie, ale przy wyborze rasy nie sugerowałem się tymi kryteriami. My ludzie też lubimy duże przestrzenie, a nierzadko żyjemy w małych i ciasnych mieszkankach. Ci sami, którzy przestrzegali przed wyborem rasy właśnie z tego względu, doradzali później zakup klatki, żeby pies miał swoje miejsce na relaks i wyciszenie się. W kwestii sprostowania – teraz wiem, że jedno wcale nie wyklucza drugiego, chociaż początkowo wydawało mi się to dziwne. Pies musi umieć się wyciszyć w domu, a dobrze wprowadzona klatka to najskuteczniejszy sposób.

Samo wypuszczenie psa na dwór to też nie to samo co pójście z nim na spacer. Nawet jeśli z Twoim czworonogiem łączy Cię tylko koniec tej samej smyczy i traktujesz kundla jak zło konieczne, bo może dzieci chciały i teraz dorosły musi je wyprowadzać, to w zasadzie mieszkając w domu… żaden problem, ale mieszkając na 15 piętrze na Batorego nie masz wyboru i musisz poświęcić mu trochę uwagi, a sam czas spędzony w windzie z psem to już pewnie z pół godziny zleci. W jedną stronę! Więc w kwestii budowania jakichś tam więzi z właścicielem, mieszkanie robi robotę za Ciebie. No i winda też. 

To chyba tak jak z poświęcaniem czasu dla dzieci. Możesz być rodzicem siedzącym w parku na ławce i gapiącym się w telefon, czytającym wszystkie nowe posty swoich znajomych, z którymi i tak nie masz żadnego kontaktu lub możesz rzucić się za dzieckiem w pogoń, przepchnąć w kolejce do zjeżdżalni Maciusia (łokciem) i Jasia (kolanem) i ja właśnie takim rodzicem być zamierzam. A niech mi tylko którą matka coś powie, będę jak Louis! I obym schudł do tego czasu, bo jak się zaklinuję w tunelu to będzie przypał. 

Ostatnio miałem okazję wykorzystać swoje nowe umiejętności robienia z siebie durnia, kiedy Raster pobiegł z innym psem w kierunku zachodzącego słońca, wraz z nerką, do której spięty był karabińczykiem. Pas biodrowy pękł, a ja pomyślałem sobie, że widzę mojego psa ostatni raz. Papa, piesku! 

Staliśmy sobie razem pod Lidlem, jak Flip i Flap i czekaliśmy na Kasię, kiedy podszedł do nas inny pies, husky, bez smyczy i właściciela, który może był gdzieś w pobliżu, tego nie wiem. Nie miałem nawet jak odciągnąć od niego mojego psa, bo gdzie się nie ruszyłem ten psychol pałętał się wokoło nas. Chyba po prostu pies komuś zwiał, bo raczej nikt o zdrowych zmysłach nie puściłby go luzem, więc patrzyłem tylko czy to niewinne obwąchiwanie nie przerodzi się w jakąś masakrę… 

Ale z mojego punktu widzenia nic się w zasadzie takiego nie działo, kiedy nagle husky zwrot o 180 i ciśnie sprint, a mój za nim! Wiedziałem, że daleko nie ubiegnie, bo jestem dobrze zabezpieczony, ale… co to? Co poszło nie tak? Nagle poczułem luz w pasie, jakby mi ktoś pasek ze spodni wyciągnął. Zacząłem głośno klaskać, wołać do siebie „dawaj, dawaj” biegnąc w przeciwnym kierunku, ale zwątpiłem, kiedy to początkowo nie pomagało. Kiedy już miałem się poddać i rzucić w pogoń za tymi dwoma wariatami, Raster odpuścił zabawę i zaczął biec w moją stronę. Ufffff… Przylazł, zjadł kilogram smakołyków… jeszcze go nagrodziłem! Gnojek mały, a miałem ochotę go normalnie udusić! 🙈